Na równi tylko przez minutę
własne | skomentuj (3)
Tak rzadko rodzime drużyny mają okazję zmierzyć się z europejskimi potęgami, że większość kibiców przyszła w sobotnie przedpołudnie z ciekawości, szukając odpowiedzi, gdzie klasę Śląska można uplasować. I zwłaszcza pierwsza połowa była bardzo bolesnym doznaniem, nawet jeśli piłkarze Oresta Lenczyka mieli dziś za zadanie przede wszystkim nie stracić zbyt dużo sił. Gdy Axel Witsel dryblował między nogami wrocławskich obrońców, a ci nie potrafili mu jej zabrać, wiadomo było, że dla mistrza Polski ten mecz powinien zastąpić nie trening, lecz lekcję futbolu.
Od początku to faworyci przejęli inicjatywę, choć najgroźniejszą sytuację stworzył sobie Śląsk. Zanim jeszcze Sebastian Mila podszedł do rzutu wolnego, to Nolito znalazł się tuż przed polem karnym po tym, jak defensywa gospodarzy została łatwo rozklepana. Hiszpan, mający za sobą występy w Barcelonie, zmarnował szansę, a chwilę później Luisao łokciem powstrzymywał Łukasza Gikiewicza po drugiej stronie. Do rzutu wolnego podszedł Sebastian Mila, lecz Artur Moraes sparował jego uderzenie.
Po chwili wszelkie nadzieje zostały rozwiane. W polu karnym dostał piłkę belgijski pomocnik Benfiki, Axel Witsel i z łatwością wkręcił Kaźmierczaka i Pawelca w ziemię, wystawiając piłkę Cardozo, który dopełnił formalności. Jedyną odpowiedzią Śląska był rajd Soboty przez trzydzieści metrów, ale jego podanie do wychodzącego na czystą pozycję Cetnarskiego było za mocne. Zresztą skrzydłowy w talii Oresta Lenczyka był jedynym, który dorównywał rywalom umiejętnością dryblingu i szybkością, choć jak zwykle problemy stwarzały mu nawet najprostsze podania.
Benfica dalej atakowała i stwarzała zagrożenie - Nolito stawał się koszmarem Tadeusza Sochy, a jego zagranie nad linią obrony Śląska do Witsela wywołało pomruk zachwytu zgromadzonej publiki. Mimo że Belg szansę zmarnował - nie zapominajmy o interwencjach Kelemena - kibice jeszcze kilka razy wzdychali nad techniką i szybkimi rozegraniami akcji rywali Śląska. Najgłośniej, gdy w dwudziestej szóstej minucie Bruno Cesar próbował podwyższyć prowadzenie uderzeniem nożycami z szesnastego metra.
Tuż po przerwie jeden rzut rożny wywołał chaos w polu karnym Mariana Kelemena, a szansę dostał Cardozo - tylko dzięki przytomnemu wyjściu z bramki golkipera wrocławian, Śląsk zawdzięczał to, że napastnik Benfiki się pomylił. Wreszcie, gdy gospodarze przenieśli ciężar gry pod drugą szesnastkę, Mateusz Cetnarski z ostrego kąta posłał piłkę nad poprzeczką. Po chwili błysnął znów Waldemar Sobota, jednak zamiast uderzać z lewej strony, próbował kolejnego zwodu, który okazał się bardzo złym wyborem.
Różnica była zauważalna zwłaszcza w grze ofensywnej - tam gdzie Śląskowi ambitniejsze, trudniejsze rozwiązania po prostu nie wychodziły i wywoływały frustrację, to w Benfice zagrania te były formalnością, nawet jeśli po przerwie zdarzały się one rzadziej. Jednak i w dyspozycji obu drużyn w defensywie była przepaść. Gdy przy każdym ofensywnym stałym fragmencie gry wrocławianie byli łatwo wypychani od piłki, to po drugiej stronie piłkarze rywala dochodzili do pozycji strzeleckich. Zawahanie całej linii obrony tuż przed upływem gry wykorzystał Luisao, najwyżej wyskakując do piłki posłanej z lewego skrzydła i pokonując wybiegającego z linii Kelemena.
Jednak i kibice wrocławskiego Śląska doczekali się odrobiny magii u swoich podopiecznych i to zawartą w zaledwie kilkudziesięciu sekundach. Najpierw, tuż za połową boiska, dobrze grę rywali odczytał Rok Elsner, zaliczył odbiór, spojrzał na bramkarza i huknął z czterdziestu metrów, tuż obok słupka. Ledwo Benfica wznowiła grę, a już to Śląsk atakował - z lewego skrzydła do środka ściął Sobota i tym razem, zamiast kiwać, podniósł głowę i precyzyjnie przycelował w prawy róg bramki Moraesa.
Niestety, zanim stadion na dobre rozśpiewał się żądaniem trzeciej bramki, to Benfica spełniła życzenia fanów. Z lewego skrzydła, z bardzo trudnej pozycji, uderzył Malgarejo, a piłka odbiła się od poprzeczki i tuż przed linią bramkową - szkoda, że nadbiegający Carlos Martins nie miał już problemu z dobiciem futbolówki do siatki. Na kwadrans przed końcem spotkania na ratunek dwukrotnie przychodził Kelemen, który zwłaszcza w tej kolejnej sytuacji świetnie odczytał zamiary Witsela. Tuż przed ostatnim gwizdkiem Słowak nie miał już nic do powiedzenia, po raz czwarty. Benfica miała piłkę na prawym skrzydle i wystarczyły dwa podania, by otworzyć Gaitanowi drogę do bramki. Dwa cudowne, idealnie przemyślane i dopieszczone podania, zaznaczmy.
Jedna z dwóch weekendowych lekcji już się więc odbyła i należy liczyć, że Śląsk jako drużyna i pojedynczy piłkarze, członkowie sztabu szkoleniowego wezmą ją sobie do serca. W świat idzie jednak wynik, a nie dyspozycja zespołu Oresta Lenczyka, a dodatkowo w środę, w meczu znacznie ważniejszym dla wrocławskiego klubu, rywal będzie z półki niższej. Oni mogą pomyśleć, że mistrz Polski jest na równi poziomem z wicemistrzem Portugalii. Zresztą przez jedną z dziewięćdziesięciu minut, to była prawda.
Śląsk Wrocław 2-4 Benfica Lizbona
Strzelcy: Elsner 67\', Sobota 68\' - Cardozo 11\', Luisao 60\', Martins 73\', Gaitan 88\'
Składy drużyn:
Śląsk Wrocław: Kelemen - Socha, Kowalczyk, Pawelec, Mraz - Sobota (79\' Tetłak), Elsner (88\' Menzel), Kaźmierczak, Mila, Cetnarski (79\' Garyga) - Ł. Gikiewicz
Benfica Lizbona: Moraes - Maxi, Luisao, Garay, Malgarejo (90\' Pinto) - D\'jalo (46\' Gaitan), Bruno Cesar (46\' Martins), Witsel (89\' Oliveira), Javi Garcia, Nolito (46\' John) - Cardozo (66\' Kardec)
Widzów: 20000
Sędziował: Robert Małek