Nakładką: Dla dobrego futbolu
własne | skomentuj (13)
Przemieszczając się po stadionie w trakcie weekendu z Polish Masters nadstawiałem ucha, starając się wyłapać jakie powody stały za tym, że na imprezę przyszło, jakby nie było, kilkadziesiąt tysięcy osób. Wiele osób było oczywiście zainteresowanych Śląskiem, część "dla dzieciaków", niemało "bo wygraliśmy bilety", a i zdarzyły się przypadki, które twierdziły, że dla wrocławskiej areny i jej atmosfery. Przyznam szczerze, zwierzenia te mnie mocno zmartwiły - zwłaszcza, że odpowiedź "dla dobrego futbolu" była na szarym końcu.
Odłóżmy ceny biletów na bok, dla dobra tego tekstu i samego turnieju - wiadomo, że wejściówki do najtańszych nie należały, jednak możliwości ich wygrania, a nawet zdobycia na jeden dzień po cenie okazjonalnej były spore. Zresztą czytając niektóre komentarze można dowiedzieć się, że niektórzy na stadion weszli nawet bez posiadania biletu. Dlatego uznaję, że kto chciał w weekend na Miejskim być, ten tam się znalazł.
Nieważne są sposoby wejścia, liczy się dla mnie cel. Rzadko bowiem zdarza się w Polsce takie nagromadzenie gwiazd z najwyższego światowego topu, jak w ostatni weekend. Sam Axel Witsel, słynny łamacz pewnej nogi i kapitalny drybler (spytajcie Przemysława Kaźmierczaka o to drugie!), jest wart więcej niż cały wrocławski klub. Taki Athletic Bilbao wcale do majowego finału Ligi Europy się nie doczłapał - oni miażdżyli rywali, m.in. Manchester United. A skoro PSV Eindhoven jest w stanie przyciągnąć na swoją ławkę trenerską taką sławę jak Dick Advocaat po nieudanym sezonie - co w Holandii oznacza trzecie miejsce w mocnej lidze i rundę 1/16 w europejskich pucharach - to znaczy, że do potęg po prostu należą.
Dobrego futbolu u nas nigdy za wiele, choć oczywiście Euro nasz naród mogło rozpieścić. Jednak piłka w wydaniu klubowym jest nad tym reprezentacyjnym, zwłaszcza jeśli chodzi o jakość. Śląsk miał okazję wystąpić w turnieju skupiającym wyjątkowe talenty i pod tym względem samemu stając się powodem do zazdrości dla innych klubów, które mecze towarzyskie rozgrywają z drużynami niższego sortu.
Dobry futbol, nie ukrywajmy, to w Polsce wyjątkowo rzadki obrazek. Jasne, jakość ligowej piłki jednak się podnosi po cięższych latach, ale ciągła i męcząca nieobecność w rozgrywkach Ligi Mistrzów jest dowodem na to, że standardy wciąż nie są za wysokie. Okazjonalne pojedynki w europejskich pucharach to wisienki na torcie rodzimego kopania, a i to zależy od losowania oraz ilości szczęścia we wczesnych rundach, gdzie trzeba pojedynkować się z ekipami, którym bliżej jest do Chin niż Wrocławianom do Krakowa.
Tym bardziej dziwi mnie, że ci, którzy sprzed kanapy obserwują zagraniczne ligi na ekranie telewizora - często narzekając na poziom rodzimej kopanej i porównując go z Anglią, Hiszpanią, Włochami - zostali w domu, po prostu. Tych osobników jest sporo, ich mądrościom nie będzie końca, ale przecież żadna sesja weekendowa z pilotem od TV nie zastąpi wrażenia, doświadczenia tego wszystkiego z tylko odrobinę mniej wygodnego siedziska na stadionie.
Wrocław, swoją drogą, także jest posuchą dobrego futbolu i mam nadzieję, że tu nikt ze Śląska się na mnie nie obrazi - patrzę i porównuję tylko do absolutnego topu jaki mogliśmy obserwować w ostatni weekend i na Euro 2012. Ostatni raz, gdy do Wrocławia zawitała klubowa potęga równa lizbońskiej Benfice... to była to Benfica. Padał straszny deszcz, stadion olimpijski wciąż był ruiną, a Piotr Włodarczyk nadal uczył się strzelać karne i uważany był za talent wart miliona marek. Pamiętacie?
Pewnie zaraz usłyszę, że ten kto na mecz przychodzi dla dobrego futbolu jest piknikiem. Co w tym złego, zobaczyć jak Wijnaldum z Lensem rozrywają rywali, jak drużyna złożona z samych wychowanków ambitnie i pięknie zaprzecza współczesnym trendom piłkarskim, które wręcz nakazują inwestowania niezdrowych sum pieniędzy w zespół? I jeszcze jest Benfica Lizbona - przyciągnięcie ich do Wrocławia też nie było takie łatwe. Przecież wkrótce to oni zagrają sparing z Realem Madryt... Spędzić jeden lub dwa dni na trybunach pięknego stadionu oglądając piłkarzy cenionych w świecie to ani grzech, ani powód do wstydu - też żaden piknik, lecz futbolowa uczta.
Pomijam już to, że sam fakt obecności Śląska Wrocław w tym turnieju pozwalał nawet najbardziej zapartemu na własny klub kibicowi połączyć przyjemne z pożytecznym - dopingowania swoich w meczu z dużo lepszymi ekipami. Zaraz pewnie usłyszę, że to tylko sparingi, a mecze towarzyskie są nic nie warte. Bzdura. Bijatyka i czerwona kartka z niedzielnego finału świadczą o zacięciu, pościg Athletiku za pozytywnym rezultatem w końcówce pierwszego spotkania o chęci wygranej... Zresztą wystarczyło obserwować szalejącego przy linii bocznej Marcelo Bielsę, by docenić zaangażowanie jego i innych zespołów.
Martwi mnie fakt, że stadion nie wypełnił się w dwóch trzecich w żadnym momencie weekendowego turnieju. Niezaprzeczalnie, by doświadczyć futbolu podobnej jakości w Polsce trzeba mocno się namęczyć, a także liczyć, że namęczą się rodzimi piłkarze - co jest, niestety, równie rzadkie jak wizyty zespołów pokroju PSV czy Benfiki w Polsce. I, nawet będąc całym sercem za ekipą Lenczyka, nie widzę szansy na to, by ten trend wkrótce się odwrócił, również za sprawą pozostałych wyrobów eksportowych Ekstraklasy.
Są jednak pozytywy. Tak jak mocno rozczarowała mnie zaledwie garstka fanów na otwierającym Polish Masters meczu, tak bardzo cieszyły mnie rosnące brawa przy każdej bramce, a także westchnienia zachwytu po efektownych zagraniach piłkarzy przyjezdnych - nawet jeśli ich ofiarami byli zawodnicy Śląska. Może zdecydowana mniejszość wybrała się w weekend na stadion dla futbolu, ale zdecydowana większość na pewno wyszła z przeświadczeniem, że, "cholera, ale oni dobrze w piłkę grali!". To jest potencjał na którym można wiele zbudować - nie tylko wymagania wobec ukochanej drużyny, a także nadzieję, że kolejne edycje - jeśli będą! - przyciągną nie fanów stadionów czy udanych weekendów, lecz tłumy spragnionych wysokiej jakości piłki nożnej. Tak, jak być powinno.