I kto ma rację? Analiza po spotkaniach z Budućnostią i MKS-em
Śląsk zdobył najwięcej punktów w poprzednim sezonie ligowym, zostając tym samym Mistrzem Polski. W dwumeczu z Podgoricą strzelił o jedną bramkę więcej od rywali, dzięki czemu awansował do kolejnej rundy. Obserwując jednak poczynania boiskowe zawodników z Wrocławia w ciągu ostatnich kilku miesięcy, nie sposób znaleźć odpowiedzi na zasadnicze pytanie. Jakim cudem udało im się to osiągnąć.
Ustawienie zespołu Oresta Lenczyka jest w miarę ustabilizowane. To 4-2-3-1 przechodzące w 4-6-0, nawet w sytuacji, gdy na boisku znajduje się nominalny napastnik. I Diaz i Gikiewicz schodzą głęboko do środka, pozostawiając nieobsadzoną szpicę. Są to ustawienia nowoczesne, na tyle elastyczne, że sprawdzają się i przy szybkich kontrach i przy konieczności gry pozycyjnej. Trzymanie się nich można ocenić na plus.
Decyzje personalne przy obsadzaniu poszczególnych pozycji potrafią jednak zaskoczyć. Jedną rzeczą jest polityka kadrowa. Na chwilę obecną w klubie przydałoby się wzmocnienie na praktycznie każdą pozycję w obronie i chociaż jeden rezerwowy defensywny pomocnik. W ofensywie problemów także nie brakuje, choć może nie są one aż tak alarmujące.
Starcie z Podgoricą było tak tragiczne, bo obok materiału, zawiódł również krawiec. Można twierdzić, że Orest Lenczyk ma wyczucie do zmian, bo potrafi szybko zareagować na sytuację na boisku i nie boi się zmienić zawodnika po pół godzinie gry. Tyle, że Mraz i Cetnarski tym razem kwalifikowali się do zmian po kwadransie, a co istotniejsze - w tej dyspozycji zupełnie nie powinni się znaleźć na boisku.
Spotkanie zaczęło się w nietypowym zestawieniu personalnym. Nieczęsto w podstawowej jedenastce jest trzech lewych obrońców, a zabrakło choćby jednego bocznego pomocnika, mimo, że na ławce siedziało dwóch zdrowych, gotowych do gry zawodników z tej pozycji, z czego co najmniej jeden sprawia wrażenie piłkarza w dobrej formie. Owszem - można było obronić tę decyzję. W pierwszym meczu było 2-0, rywale nie mieli nic do stracenia. Należało się spodziewać huraganowych ataków ambitnych Czarnogórców. Tyle, że decyzja o zamurowaniu bramki na własnym stadionie z drużyną, która w klubowym rankingu UEFA znajduje się calutkie sześć oczek wyżej niż mistrz Andory jest, z całym, ogromnym moim szacunkiem dla trenera Oresta Lenczyka, pomysłem koszmarnym. Chwała Kelemenowi, sędziemu i kilku pudłom graczy Budućnosti, że szkoleniowca wrocławian mógł obronić wynik.
Zostańmy na chwilę przy personaliach. Skierowanie Mraza na pomoc okazało się katastrofą, Słowak popełnił wszystkie możliwe do popełnienia błędy na tej pozycji, tak w defensywie, jak i ofensywie. Trudno generalizować po 30 minutach gry, ale stosunek ilości zagrań udanych do nieudanych z pewną dozą prawdopodobieństwa pozwala zakładać, że furory na tej pozycji nie zrobi. Analogicznie Cetnarski, który dużo lepiej wypada w sytuacji, gdy dostaje piłkę głęboko i ma czas i miejsce, żeby podnieść głowę, a dookoła nie nabiegają rywale, vide sparing z Oławą. Na boku pomocy nie zanotował jeszcze dobrego spotkania.
Trudno mówić o taktyce, kiedy piłkarzom nie wychodzą najprostsze zagrania i równie trudno złapać wrażenie, żeby mieli świadomość, że wiedzą co chcą zagrać. Teoretycznie więcej akcji szło skrzydłami, ale w pierwszej połowie nie było skrzydłowych, a w drugiej połowie prawonożny zawodnik grał na lewym skrzydle, a na prawym - lewonożny. Prawie wszystkie akcje trzeba było przez to łamać do środka, choć na swój sposób miało to sens - zostawiało Patejukowi i Sobocie szanse na indywidualne akcję. Zespołowo nic nie chciało wyjść, więc chociaż to miało szanse powodzenia.
Rozegranie środkiem leżało, bo defensywni pomocnicy niekoniecznie się spieszyli z podejściem pod rozegranie. Widać sporą dziurę między obroną a pomocą. W dokładnie tym miejscu, gdzie kiedyś wchodzili Dudek i Sztylka. To pozwalało choć trochę wciągnąć rywala na połowę i dawało miejsce do rozegrania akcji.


Problemów nie brakło również i w defensywie. Śląsk starał się grać w tym meczu stosunkowo wąsko.


Można to zrozumieć, gdyż w sytuacji, gdy trzeba się było trochę rozszerzyć, linia obrony, jak i sama orientacja w ustawianiu się własnym, jak i rywali zaczynała się sypać:


Wynikało to też pewnie z tego, że ci piłkarze grali ze sobą po raz pierwszy. Z biegiem czasu będzie lepiej. Trudno powiedzieć czy ów bieg czasu nie nastąpi już po tym, kiedy Śląsk odpadnie z pucharów.
Lepiej było w spotkaniu z MKS Oławą. Wprawdzie rywal to z innej półki niż Budućnost, ale przynajmniej momentami zawodnicy wybiegali na pozycję, a ich ruch było dostrzegany przez podających. Plus gra napastników - być może i Gikiewicz jest zawodnikiem bardzo walecznym, ale jego zdolność do stwarzania sobie sytuacji jest niewielka, a nawet jak już jakaś stworzy - są również kłopoty z jej wykorzystaniem. Zupełnie odwrotnie gra Voskamp, a czymś pomiędzy jest Diaz. Skoro coś nie działa zbyt dobrze a ma się alternatywę - czemu nie próbować?
Pytań jest dużo, o cudach jednak się nie dyskutuje, więc nie sposób odpowiedzieć na to postawione w pierwszym akapicie. Od początku zeszłej rundy niżej podpisany obserwując grę Śląska wietrzy rychłą katastrofę. Tymczasem, że mimo gra Śląska jest rzeczywiście coraz gorsza, Orest Lenczyk osiągnął z klubem niewyobrażalne półtora roku temu sukcesy. Mimo stylu, tak długo jak bronią go wyniki, wychodzi na jego. I niech wychodzi jak najdłużej.