Nakładką: "Chcieli trenera sławnego..."
własne | skomentuj (16)
W Śląsku temat zwolnienia Oresta Lenczyka przewijał się już od wielu miesięcy, mimo zapewnień klubowych działaczy o niezaprzeczalnej pozycji szkoleniowca, który zdobył drugie w historii mistrzostwo Polski. Te deklaracje padały przez zaciśnięte zęby, gdy konflikt - wynikający z kompletnego braku porozumienia - tylko się pogłębiał. Z kilku względów pominięto odpowiedni moment na koniec tej wspólnej drogi Lenczyka i Śląska, doprowadzając do sytuacji momentami absurdalnej, depresyjnej czy śmiesznej. W poniedziałek postawiono na zupełnie inny projekt.
O Stanislavie Levym rozmawiałem z kilkoma osobami z Czech - ludźmi, którzy znają go jako człowieka i szkoleniowca. Co z doświadczenia ostatnich dwóch lat jest równie ważne. Na starcie jego kariery we Wrocławiu oberwało mu się za wiele rzeczy - brak doświadczenia, przekolorowane CV (czy to przypadkiem znowu nie była sprawka kogoś z klubu?), sezon w Albanii, "tu zwolniony przed czasem", "tam wyrzucony za wyniki"... Nawet wygląd miał być problemem!
Od początku było wiadomo, że wyborem nowego trenera zajmie się Krzysztof Paluszek - jedyna osoba w klubie z dyrektorskich pozycji, która z piłką ma większą styczność niż po prostu śledzenie poczynań piłkarzy z VIP-owskiej loży na stadionie. Lista, którą przygotowali mu agenci oraz stworzona z CV przysłanych na adres przy Oporowskiej zawierała mocniejsze nazwiska niż to Levy'ego.
Odsunięty na boczny tor przez Oresta Lenczyka, dyrektor sportowy Śląska przeprowadził kilka rozmów, pozbierał informacje, nastąpiły wywiady z kandydatami i na tej podstawie piłkarze mają nowego szkoleniowca. To, przyznajmy szczerze, w erze ciągle kręcącej się w Polsce karuzeli trenerskiej sprawa niecodzienna, by trenera wybierano w założony z góry sposób. Zwykle wybierany jest numer pierwszego wolnego "ratownika", "strażaka" albo znajomego, co "kilka lat temu popracował dobrze, ale ostatnio nie miał szczęścia".
Na wybór Levy'ego można spojrzeć dwojako - z perspektywy zawodników, którymi będzie on zarządzał, a także przez wzgląd właśnie na niejako jednoosobową komisję klubową.
Pierwsi mogą być szczęśliwi. Oto trafiają na trenera, który w swoich przedmeczowych wystąpieniach więcej uwagi przywiązuje grze ofensywnej - płynnej, opierającej się na szybkich skrzydłowych i wejściach bocznych obrońców - niż destrukcji i ustawieniu przy stałych fragmentach. Będzie to przydatne, zwłaszcza, że z ostatnich dziesięciu goli jakie Śląsk strzelił w lidze, tylko dwa padły z akcji.
Przesiąknięty do głębi metodami szkoleniowymi z Niemiec - gdy wrócił do pracy w Czechach, był jednym z pierwszych trenerów, który z biegania po górach "przerzucił" piłkarzy na przebieżki z piłkami, pracę nad dynamiką i szybkością. Nie będzie już dźwigania ciężarów w środku sezonu (co innego okres przygotowawczy), ale kluczowa dla nowego trenera jest dyscyplina. "Wszystko jest dobrze, jeśli piłkarze chcą z nim pracować i ciągle się poprawiać" - twierdzi Michal Petrak, redaktor "Denik Sport".
Także pod względem ludzkim widoczna będzie całkowita zmiana. Levy podobno jest otwarty na kontakty z piłkarzami, choć w szatni nigdy nie kryje tego co myśli o postawie swoich podopiecznych - publicznej krytyki raczej się ustrzega, a w wywiadach jest wręcz nudny. W Czechach zdarzało się, że gdy tylko poróżnił się z zarządem - konflikt to słowo ponoć zbyt mocne - piłkarze zawsze za nim się wstawiali. Zresztą jego bezpośrednie podejście do rozwiązywania problemów organizacyjnych rzadko spotykało się z akceptacją czeskiego środkowiska, odmiennego do tego w którym się obracał w Niemczech.
W tym momencie wróćmy do osoby Krzysztofa Paluszka. Nic dziwnego, że wybrał on Levy'ego - obaj mogliby pewnie godzinami rozmawiać o niuansach gry w dwóch tych samych, preferowanych ustawieniach 4-2-3-1 i 4-4-2 o których zresztą dyrektor sportowy Śląska napisał książkę. Zafascynowani futbolem niemieckim i organizacją, z doświadczeniami w scoutingu, osoby otwarte na innych - ten wywiad o pracę musiał być dla obu prawdziwą przyjemnością.
Klub nie pomógł mu na samym starcie mieszając trochę w jego CV, przeinaczając, nawet koloryzując pewne fakty. Sam szkoleniowiec twierdzi, że w Hannoverze odpowiadając za scouting obserwował Kompany'ego i van Buytena, dwóch świetnych piłkarzy. Zaraz na samym starcie swojej przygody w tym klubie pomógł sprowadzić do Niemiec dwóch rodaków - Jana Simaka i Jiriego Kaufmana, którym pomógł się zaaklimatyzować w nowej drużynie.
W Czechach sukcesów nigdy nie osiągnął - w Viktorii Pilzno co prawda zbudował podstawy do sukcesów Pavela Vrby, ale gdy zajmował po rundzie jesiennej miejsce w czołówce, klub zdecydował się sprzedać kilku czołowych zawodników i wiosna już tak udana nie była, a stanowiskiem za to przypłacił właśnie Levy. W Zlinie dysponował beznadziejnym zespołem, z Viktorią Zizkov startował od minus dwunastu punktów, kary za korupcję. Slovacko? Piłkarze i kibice go uwielbiali, ale po zmianie właściciela z nowym nie mógł się dogadać. Gdy odszedł, klub stoczył się prawie na dno drugiej ligi, wracając na szczyt tylko dzięki kupionej licencji.
Trochę wygląda to lepiej, prawda? Szkoda, że nikt w Śląsku nie zadał sobie tej odrobiny trudu, by wszystko odpowiednio sprawdzić i dla dziennikarzy przygotować CV bogatsze, bardziej szczegółowe. To naprawdę nie boli, zwłaszcza, że i w Albanii z jego sukcesem było ciekawie. Dysponował zerowym budżetem na transfery, kibice spodziewali się spadku, a w ataku do dyspozycji był piłkarski emeryt i szesnastolatek. Mimo to udało się pokonać mimo wszystko bogatszą ekipy ze stolicy.
Jego czeski znajomy mówi, że oferty z takiego klubu jak Śląsk się nie spodziewał i za otrzymaną szansę jest dozgonnie wdzięczny. Taka promocja przyszła nieoczekiwanie i on chce na niej skorzystać w stu procentach - w rodzinnym kraju ledwie kto się zainteresował, że Stanislav Levy przejął mistrzów Polski. Gotów był poświęcić wieloletnią współpracę ze swoim przyjacielem, przegrywając kontraktową batalię o jego zatrudnienie we Wrocławia. Dla Śląska najważniejsze było, że jest otwarty na współpracę nie tylko z dyrektorem sportowym, ale i szkoleniowcami z zespołów młodzieżowych. Może jego doświadczenie w scoutingu pozwoli na dostrzeżeniu w juniorach talentu, który Orestowi Lenczykowi umknął?
"We Wrocławiu chciano trenera sławnego, ale w zamian dostano dobrego" - powiedział Michal Petrak. Na pewno jego anonimowość wielu przeszkadza, a problemy w pracy w klubach czeskich mogą wyjaścić tylko osoby z tamtego środowiska, lecz Stanislav Levy może mieć prawo czegoś oczekiwać od kibiców. Wiary fanów w to, że może Śląsk po ostatnich bezpłciowych występach w tej naszej przeciętnej Ekstraklasie wyróżnić, że wszystko co dotyczące drużyny, piłkarzy i ich gry będzie go różnić od jego poprzednika. Z jednym wyjątkiem - wyników.