Dobijanie leżącego - analiza spotkania PP z GKS-em
Gole zawodnika, o którym i tak napiszą, że jest drewniany, wystarczyły, aby zapewnić spokojny awans Śląskowi do ćwierćfinału Pucharu Polski. Wrocławianie na tle zostawiającego dużo swobody rywala prezentowali się nieźle, mając możliwość swobodniejszego realizowania się w grze kombinacyjnej. Pozwolenie Śląskowi na tak wiele to jednak duży błąd Bełchatowa i nadal ciężko jednoznacznie stwierdzić, jak mistrzowie Polski poradzą sobie z bardziej wymagającymi rywalami.
Bełchatów zaczął w 4-2-3-1. Giel i Baran mieli zabezpieczać defensywę, przód przybrał dość mocno eksperymentalne kształty i eksperymentem pozostał. Śląsk odszedł od swojego klasycznego ustawienia, bliżej było tym razem do 4-1-4-1, ponieważ Stevanović grał wyżej, niż Elsner do tego przyzwyczaił.

Wobec tego Kaźmierczak był tym, który schodził, żeby przejąć piłkę od obrońców, a następnie rozpocząć akcje. Wysoko wychodzili boczni obrońcy, podchodzili skrzydłowi, wycofywał się Mila – Śląsk miał w tym spotkaniu momenty gry płynnej. Częściowo było to jednak spowodowane tym, że na boisku było bardzo dużo czasu i miejsca na rozegranie. Ogrom możliwości i wolnej przestrzeni po pewnym czasie ruch po prostu wymuszał. A że przy dograniu rywal nie przeszkadzał, wychodziło też trochę dograń na wolne pole.
Dotyczy to jednak obu stron. Śląsk pozwalał z tyłu na sporo, ale Bełchatów atakował niewielką liczbą zawodników, w dodatku zawodników piłkarsko dużo słabszych od wrocławian. W ten oto sposób Śląsk mógł skupić się większą ilością graczy na ofensywie. Bardzo ofensywny był Mraz, który często obiegał Ćwielonga, jednak ogólnie obaj są dalecy od dyspozycji, która pozwalałaby na dumne noszenie korony najlepszej drużyny kraju. Basta mimo to nie radził sobie z ich obiegami, za którymś w końcu razem piłka dotarła na głowę Gikiewicza, który dał Śląskowi prowadzenie.
W obrazie gry wiele to nie zmieniło. Śląsk nadal próbował rozrzucić grę na skrzydła. Na lewej flance podrywali się wspomniani Mraz i Ćwielong, na prawej niezbyt aktywny był Socha (abstrahując od asysty), więc głównym rozwiązaniem po tej stronie były rajdy Soboty. Skrzydłowy Śląska miał tym razem bardzo dużo czasu i miejsca, a dodatkowo kwestii umiejętności podnoszenia głowy przy zwodach popełnił duży postęp, więc notował mało strat i był użyteczny w rozegraniu.
Mila, któremu zostawało dużo miejsca, mógł spokojnie rozprowadzać piłkę. Baran i Giel niespecjalnie przykładali się do tego, żeby mu przeszkodzić, stąd dobrze przenosił ciężar gry, otwierając partnerom drogę na wolne pole.
Bełchatów odpowiedzi przygotowanej nie miał. Organizacja gry z przodu właściwie nie istniała, zadanie mieli ułatwione tylko w momentach, kiedy Śląsk, nie do końca wiedzieć czemu, schodził głębiej. Wówczas jednak też kończyło się to podaniami wzdłuż pola karnego.
Dziwny pomysł miał GKS z długimi wznowieniami. Sporo strat zanotowali w jeden i ten sam sposób: długa piłka z piątki na własne prawe skrzydło. Dokładnie tam, gdzie już chwilę wcześniej ustawił się Kaźmierczak. W dodatku po kilku stratach nie było w stanie nauczyć się na błędach.
Śląsk odniósł wysokie zwycięstwo, ale nad rywalem na chwilę obecną prezentującym się dramatycznie, w dodatku grającym w rezerwowym składzie. O tym, że w innej konfiguracji GKS-u o zwycięstwo mogłoby być trudniej, pokazuje chociażby sytuacja po wejściu Wróbla, kiedy swoimi rajdami napędził on Śląskowi mnóstwo strachu. Po meczu z Górnikiem na temat aktualnej dyspozycji Śląska będziemy mądrzejsi.