Nakładką: Oleju w głowie!
własne | skomentuj (24)
Śląsk Wrocław i jego kibice mogą już szykować pożegnalne teksty, a Stanislav Levy śmiało może rozpoczynać swoje kombinacje. Nie będzie jego dośrodkowań, nie będzie jego nazwiska nad numerem jedenastym. Zabraknie asyst, bramek, opaska kapitańska też jest już do wzięcia. Wszystkie zalążki tego co Śląsk prezentował bez kontuzjowanego, zawieszonego lub wykartkowanego Sebastiana Mili można znów wrzucić pod dogłębną analizę, gdy sztab będzie dopasowywał jego następców. Kończy się pewna era.
To nigdy nie była łatwa relacja. Zawsze w cieniu jego szybkości przy piłce i bez niej - mojego naczelnego punktu odniesienia w krytyce boiskowej postawy Sebastiana Mili. Pomijam oczywiście to, że bez jego asyst i bramek Śląsk pewnie okupowałby stany średnie ligowej tabeli, ale główne ograniczenie drużyny (przez fakt jego zasłużonej pozycji lidera) dostrzegałem właśnie we wspomnianym negatywnym aspekcie jego stylu gry.
Nie zrozumcie mnie źle - Sebastian Mila to wciąż pomocnik jakiego ze świecą szukać w składach innych drużyn, boiskowy lider z prawdziwego zdarzenia i osoba, która ustawieniem wypracowywuje sobie przewagę pozwalającą zwykle przezwyciężyć tę wrodzoną (nabytą?) słabość. Wywyższa się boiskową inteligencją, dostrzega podania dla innych niedostępne, kombinuje i walczy. A lewa noga Mili? Takich co w polskiej lidze posyłają piłkę tam gdzie chcieli jest ledwie kilku - wciąż sprawujący funkcję kapitana Śląska piłkarz jest jednym z nich, dając inną jakość stałym fragmentom gry oraz kontrom wrocławskiej drużyny.
Co więcej, jest liderem. Mózg zespołu jest również jego rzecznikiem, sumieniem, zdrowym rozsądkiem. Po słabszym spotkaniu wychodził i mówił, że on to w ogóle powinien nie schodzić z treningu. Sarkazm? Dystans? Poczucie humoru? Nieważne - jako osoba naturalna i zarazem medialna, Sebastian Mila w pojedynkę zrobił dla klubu więcej niż obecnemu \"departamentowi marketingu\" Śląska udałoby się przez najbliższe stulecie. Zdarzało mi się z nim nie zgadzać, krzywiłem się na jego wypowiedzi, których brzmienie odbierałem jako próbę odseparowania podlegającego mu zespołu od całej reszty. Od krytyków, \"przyjaciół\" czy nawet kibiców.
W końcu jednak zrozumiałem. On myślał w kategoriach \"my\", gdy jednym z największych problemów ze współczesnym piłkarzem jest podejście \"ja\" do każdego aspektu związanego z egzystencją klubu. W najgorętszym okresie ostatniego kryzysu wizerunkowego Śląska to Sebastian Mila jako jedyny ze wszystkich przedstawicieli potrafił przemówić z sensem. Tam, gdzie toczy się walka o dziurę w ziemi, połowę akcji, długi i wpływy, to kapitan drużyny starał się utrzymać szatnię razem. Nawet będąc bez wsparcia ciągle chaotycznie działającej \"góry\", Śląsk miał kapitana z prawdziwego zdarzenia.
Nie mam problemu z tym, że nie był w stanie zaakceptować warunków przedstawionych mu przez klub. Cenił się? Wiem, że w Ekstraklasie piłkarze są przepłaceni, lecz gdyby Mila podejmował decyzję na podstawie tego jaki wpływ statystyczny miał on na wyniki Śląska, to pewnie suma jakiej mógł zażądać byłaby znacznie większa. Przy tym jak zarządzany jest klub, jak sztucznie pompowany i kreowany jest jego budżet, z jakim bólem wpływają na konto Śląska pieniądze i jak łatwo z niego uciekają, przyjmę do wiadomości wersję, że w całym kontraktowym zamieszaniu to wcale nie Mila nawalił. To ktoś po prostu znów coś źle policzył.
Kto z nas nie jest zmęczony zakulisowymi gierkami w Śląsku? Szatnia i rodzina to pewnie ostatnie co Milę we Wrocławiu trzyma, a jego odejście może rozpocząć nie tyle nowy etap w zespole Levy\'ego, ale swoisty eksodus zaufanych \"Milowemu\" przyjaciół. To będzie zupełnie inne miejsce, zupełnie inna szatnia i inny styl gry. Może lepszy - tego nie da się wykluczyć - ale strach przed tym ile czasu może zająć Śląskowi dojście do ładu jest obecny w wyobraźni każdego kibica.
Boimy się tego, że Cetnarski i inni nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Przeraża nas fakt, że tląca się nadzieja na obronę mistrzowskiego tytułu zgaśnie szybciej niż Ekstraklasa wróci na ligowe boiska. Syndrom odstawienia Sebastiana Mili może Śląskowi wychodzić bokiem jeszcze wielokrotnie, a po samej ilości podnoszonych głosów, że \"z nim nigdy byśmy nie przegrali/zremisowali/grali tak słabo\" nie tylko jego krytycy docenią wkład i klasę kapitana.
Nie chcę żeby to była laurka. Bo Sebastiana Mili nie rozumiem. Przyszła oferta z Azerbejdżanu, nieporównywalna z tym co oferuje mu pół polskiej ligi - intratna to mało powiedziane. Sam nie wykluczył on odejścia do Neftchi Baku (\"Nafciarzy\") jeśli do końca grudnia jego życzenia finansowe nie zostaną spełnione przez krajowe firmy. Niepotrzebnie postawił się pod ścianą.
\"To nie jest tak, że zależy mi tylko na pieniądzach. Ja w swoim życiu już sporo zarobiłem, pewnie najwyższą umowę w karierze też już podpisałem. Nie chodzi więc o to, że teraz chciałbym rozbić bank,\" mówił Mila jeszcze w październiku. Wspominał, że decyzję o przenosinach podejmie z rodziną - czy to o Baku kapitan Śląska mówił w kontekście miasta w którym funkcjonowałoby mu się równie dobrze co we Wrocławiu?
Nie znam uroków stolicy Azerbejdżanu, za to Wrocław będę tylko zachwalał. Dlatego dla mnie nad ofertą z Neftchi unoszą się opary (spaliny?) jego desperacji a nie ambicji, która przecież kapitana Śląska cechowała. Mógł być legendą we Wrocławiu, mógł spełnić pokładane nadzieje kibiców z Gdańska - tylko znikomy odsetek zawodników w tym piłkarsko kulejącym kraju może liczyć na tak wyjątkowe traktowanie i podejście trybun jak Sebastian Mila. Czy za pieniądze z handlu olejem zdecyduje się wyrzucić te również własne marzenia w kąt?
Sebastian Mila ma wciąż tylko trzydzieści lat - nawet jeśli na boisku szybszy już nie będzie, to swoją techniką, wizją i inteligencją wciąż może na murawach Ekstraklasy dzielić piłki i rządzić drużynami. Ze zniecierpliwieniem wypatruję kolejnych ruchów Śląska, a nad rozstaniem nie będę płakał. Przyjmuję odejście Mili raczej jako pozycję obowiązkową czy też zakończenie pewnego etapu, gdzie dwie strony będą sobie dziękować za to co w ostatnich latach razem przeżyły. Ma on niemało oleju w głowie i szkoda by rozmienił go na ten wpływający mu w Baku do portfela. Wypada Sebastianowi Mili życzyć, by wciąż kierował się tym pierwszym.