Nakładką: Jeden głos wsparcia
własne | skomentuj (10)
To nie jest ten czas, by się wyróżniać. Pierwsze sparingi, zwłaszcza toczone w tak ekstremalnych warunkach jak ze Ślęzą czy Oławą, to wyłącznie element rozrywki dla zawodników między zajęciami, które mają kształtować ich siłę na cały rok. Ciężko jest wyciągać jakiekolwiek wnioski dotyczące formy piłkarskiej... "To tylko sparing, pograjmy więc piłką bez paniki" - Rafał Gikiewicz zwracał głośniej uwagę swojemu młodszemu koledze, Kamilowi Juraszkowi. W przerwie meczu z MKS-em, między rozbawionymi i rozluźnionymi piłkarzami tylko jeden z nich przechadzał się z kwaśną miną. I z tego już jakieś wnioski można wyciągnąć.
Są tacy, dla których rozpoczęcie roku to kompletnie nowe otwarcie, szansa na zapomnienie o koszmarach roku 2012. W Śląsku nie powinno być osoby, która mistrzowskie dwanaście miesięcy powinna rozpatrywać przez pryzmat smutku, osobistej porażki. Ligowa wygrana słusznie powinna przyćmić takie problemy jak konflikt piłkarzy z trenerem Lenczykiem, okropny stan finansów mistrzów, europejską nędzę Śląska czy marketingowo-stadionowe wtopy działaczy. Dla wielu obserwatorów Ekstraklasy był to tryumf przeciętności, ale nawet jeśli mają oni rację, to nic nie odbierze zwycięstwa zawodnikom, którzy zwyczajnie na to zasłużyli.
Jest jednak wyjątek. Zawodnik, który 2012 rok chciałby najchętniej zepchnąć w najciemniejszy zakamarek swojej pamięci. Zawodnik, który w ostatnich dwunastu miesiącach albo nie mógł, albo po prostu nie potrafił zrobić tego, za co Śląsk mu płaci niemałe pieniądze.
Była przerwa w meczu z Oławą, Śląsk remisował w tej śnieżnej gierce, lecz nikt wynikiem się nie przejmował. "No co tam mordeczki?" - przywitał kolegów Piotr Ćwielong, gdy Sebastian Mila śmiał się ze swojego złamanego nosa. Jedynie Johan Voskamp nie był zbyt rozmowny, wpatrzony w rozgrzewającą się drugą jedenastkę jeszcze pewnie o czymś rozmyślał. Czy to były te trzy sytuacje, które przed chwilą zmarnował?
Łatwo jest sympatycznemu ale nieskutecznemu napastnikowi nawrzucać. Ponad rok bez gola w rozgrywkach Ekstraklasy czy pucharach napewno odbił się na jego pewności siebie, na jego pozycji w klubie. To nie jest już ten magnes na piłki, który w polu karnym przeciwnika przyciąga każdą sytuację - w kilkanaście sekund po wejściu, po kilkudziesięciu minutach bycia niewidocznym. Głową, nogą prawą czy lewą, wślizgiem, przypadkiem - uniwersalność (nie mylić z geniuszem), która zwłaszcza w takich ligach jak nasza musi być u napastników ceniona.
Uniwersalność jednak przeminęła. Jakby faktycznie o karierze tego napastnika przez lata decydował... przypadek. Szczęście, które w 2012 roku uleciało. Piłka już go nie szuka w szesnastce, gdy odbija się to od piszczela, a nie woleja. Trafia w bramkarza, nie pustą przestrzeń bramki. Z Oławą nie było inaczej - Voskamp raz źle stanął na śniegu i się poślizgnął przed uderzeniem, innym razem balans ciałem nie zawiódł, ale to piłka skoczyła na nierówności w białej murawie. To już brak umiejętności, czy jeszcze pech?
Niewielu jest takich piłkarzy, którzy mimo wszystko zachowują uśmiech lub grają - po aktorsku. Voskamp po środowym meczu udzielił wywiadu Michałowi Guzowi z "Przeglądu Sportowego" w którym, co tu dużo mówić, trzyma fason. "Przecież na początku pobytu w Śląsku regularnie zdobywałem bramki. Trzeba znowu osiągnąć tamten poziom. Dobrze wiem, że mnie na to stać."
"Mogę grać tak, jak tego oczekuje nasz obecny trener i zdobywać bramki. Rok temu w Lubinie strzeliłem gola po szybkiej wymianie piłki i prostopadłym podaniu Przemka Kaźmierczaka. Z Podbeskidziem w Pucharze Polski trafiłem po przedryblowaniu gracza rywali. Nie jestem zawodnikiem skazanym tylko na górne piłki ze skrzydeł. Znam swoją wartość. Potrzebuję tylko pewności siebie."
Tylko czy aż tyle? Jeśli sądzić po środowej gierce to Voskamp będzie jeszcze wiele razy przechodził przez podobne momenty rozpamiętywania kilku niewykorzystanych sytuacji w mało istotnym rozbieganiu. Czy może Holender wie, że trenerskiemu oku nic nie umknęło? Boi się, że wróci koszmar roku 2012, gdy przyszło mistrzostwo, ale odeszła skuteczność. Nie było regularnej gry - zaledwie raz w dwanaście miesięcy Johan Voskamp zaliczył pełne spotkanie w Ekstraklasie. Pierwsza kolejka tego sezonu, gdy pół składu było na "śpiewnym zakazie" - a jak się ten występ z Widzewem skończył wszyscy doskonale pamiętamy.
O Lenczyku teraz mówić nie chce, wcześniej też rzadko się odzywał, choć raczej trudno było o zadowolenie z jego strony. Widać było, że jest kompletnie zrażony do tego co spotkało go pierwszej zimy w Polsce, a konkretniej w Spale. Ciężary, hantle, zapasy, materace, biegi, rzuty, krzesła... dla kogoś, kto w piłkarskiej kulturze rodzimej Holandii nie rozstawał się z piłką nawet w najcięższym momencie okresu przygotowawczego to musiał być szok. Nie tylko dla stanu umysłu, ale też ciała - kontuzje przecież nie biorą się znikąd.
Zapewne Voskamp nie spodziewał się, że miesiąc miodowy we Wrocławiu będzie tak krótki, a wspomnienie strzelanych dla Śląska goli stanie się tak szybko tak odległe. Już nikt nie wspomina o dziewięciu trafieniach w jednym meczu, dojazdach rowerem na treningi, romansie z dziennikarstwem sportowym w Holandii czy błyskawicznej aklimatyzacji językowej w Polsce. Lecą kolejne minuty bez strzelonej bramki (o Młodej Ekstraklasie najlepiej nie wspominać), pojawiają się kolejne urazy.
Pamiętam jak na letnim sparingu w Kluczborku, Voskamp znów nie mógł zagrać. Przyszedł na trybuny, uśmiechnął się i w trakcie meczu skrupulatnie uzupełniał tabelki. Okazuje się, że pomagał koledze - wyliczał jego niecelne podania, zaznaczał odbiory, uderzenia i tym podobne. Mógł, za przeproszeniem, to olać. Mógł tam siedzieć naburmuszony, z kolejną kontuzją wynikającą z przeciążenia organizmu, obrażony na trenera, wydzwaniając do agenta, szukając ucieczki z kameralnego obiektu drugoligowej drużyny. To jednak nie ten typ człowieka, piłkarza - skoro więc brakuje mu teraz szczęścia, pewności siebie czy jakości, może wypada docenić tę drugą stronę Holendra?
Nie. Nie wolno mu tak szkodzić. Voskampa nie można żałować - Voskampa trzeba poganiać. Jeśli nie poklepaniem po plecach w takim trudniejszym momencie, to może krzykiem obudzi się tę ambicję? "Johan, dawaj, dalej, mocniej, strzelaj, przecież k.... potrafisz!" - czy to takiego przekazu mu w Śląsku brakuje? Czy to dlatego we wspomnianym wywiadzie Holender mówi o akceptacji swojej drugoplanowej roli i graniu ogonów? Tym bardziej trzeba wymagać więcej - jeśli nie idzie w sparingu z Oławą, gdy ta pewność siebie nie wraca, to pobudzić ją trzeba pozytywniejszym, ale mocniejszym przekazem.
Ostatnie czego by sam Holender chciał to pozostawienia po sobie takiego wspomnienia jakie mamy teraz. Świetny początek, porażka w starciu z rodzimą myślą szkoleniową, puste konto bramkowe i... sympatyczny sposób bycia. To może i jedno z ważniejszych wyzwań także dla Stanislava Levy'ego, który raczej nie będzie liczył na nagły błysk geniuszu dwóch drużynowych dryblasów, Łukasza Gikiewicza i Jakuba Więzika. Obudzić w Voskampie tego bezlitosnego snajpera, który udanie miksował szczęście z umiejętnościami, a efektem zawsze były bramki. Szkoda, by Holender pozostał uśpiony i pogodzony ze swoją słabością - bo nawet jeśli pudłuje na śniegu, to widać, że mu zależy.
Głowa w górę, Johan. Przynajmniej ja ciebie jeszcze nie skreślam.