Nakładką: Szukając futbolowego sensu
własne | skomentuj (20)
Dla niemałej liczby osób, która ogląda Ekstraklasę futbol jest pozbawiony sensu. Bramkarz kopie piłkę jak najdalej, w okolicach koła trwa nieustannie chaotyczna walka o mityczny "środek pola", a napastnicy machają rękoma narzekając na bezsensowność poczynań swoich kolegów. Gdy to wszystko jest jeszcze pokazywane na żywo z Bełchatowa, to ostatnie zasadne powody dla których dwudzestu dwóch kolesi kopie się po czołach wylatują z naszych głów. Ciułanie milionów, by utrzymywać takiego trupa dla tysiąca coraz mniej zainteresowanych ludzi? Mówiłem - bezsens.
Tak rzadko w tym piłkarskim kraju dzieje się coś z sensem. (Do niedawna) były przecież stałe fragmenty gry Śląska. Był Adam Nawałka stawiający uparcie na Arkadiusza Milika. Przekonanie Tomasza Frankowskiego by pograł jeszcze ten jeden sezon. Założenie internetowego gniazdka w prezesowskim gabinecie przez Zbigniewa Bońka (na równi z odrzuceniem projektu nowej siedziby związku). Przywrócenie Artura Boruca do kadry.
Niestety są to wyjątki. Już częściej można zgadzać się lub choćby uznać za sensowne to co mówi Tomasz Wieszczycki w studiu telewizyjnym, niż spojrzeć na tabelę Ekstraklasy kiwając z uznaniem głową na czyny poszczególnych klubów. Bełchatów już wspomniałem, ale Podbeskidzie i Jeleń? Jeden z lepszych żartów poprzedniego roku. Wisła w ogonie i wszystko co się działo na Reymonta? Dokładnie jak wyczucie stylu obecnego szkoleniowca "Białej Gwiazdy". Polonia Warszawa na podium po letnich przygotowaniach na parkowych trasach? Abstrakcja!
Przykro mi to stwierdzić, ale Śląskowi równie daleko do klubu posiadającego sens. Wyobraźcie sobie, że ktoś kiedyś uznał galerię handlową za wehikuł czasu, a Patrika Mraza za zawodnika klasy międzynarodowej. Mało - ktoś uwierzył, że są w klubie ludzie zdolni sprawić, że czterdziestotysięczny stadion będzie tętnił życiem. Jest jeszcze ciekawiej - z dumą mówiło się o sponsorze i inwestorze "bezgotówkowym"! Inni udawali, że Piotr Celeban to nie taka wielka strata. Dla niektórych Mateusz Cetnarski to właściwy następca Sebastiana Mili. Wkrótce dwudzeistopięcioletni Tadeusz Socha wciąż może być tym, który za drużyną piłki nosi, bo jest najmłodszy. A znam też osoby, które w pierwszym składzie Śląska na wiosnę widzą zawodnika z wrocławskich rozgrywek amatorskich - i ma to dla nich sens!
Przez ostatnie lata Śląsk w zasadzie tylko udawał, że kolejne podrygi mają sens. Odpuszczenie kilku zawodników w lecie? Przecież przyjdą koleni. Szkolenie młodzieży? Przecież można kilka zespołów juniorskich podnająć. Skauting? Agenci sami nam będą przysyłać do klubu oferty! Marketing? Halo, przecież to *NOWY* stadion. Sprowadzenie nowego bramkostrzelnego napastnika? Trener już przecież prosił tego naszego, by trochę więcej po treningach biegał. Pozostawienie mistrzowskiego szkoleniowca na kolejny sezon, mimo powszechnie dostrzegalnego konfliktu z drużyną? Zaprzeczamy, wszystko gra, wszyscy się kochają!
Pozorowanie wspaniałej rzeczywistości Śląskowi wychodziło całkiem nieźle, zwłaszcza jeśli popatrzy się na wyniki zespołu. Stabilizacja w czołówce, gra w europejskich pucharach... no i jeszcze ten *NOWY* stadion. Wybudzenie z pięknego snu było równie brutalne, co potraktowanie defensywy Śląska przez Helsingborgs, Hannover 96, Górnik Zabrze, Zagłębie Lubin i wreszcie, schodząc coraz niżej, Miedź Legnica.
Bezsens Śląska trwa - w klubie zapewne już nawet CV proponowanych piłkarzy nie drukują, bo i nie ma po co, i papieru szkoda. Za biurkiem szuka się drobnych by zaoferować kontrakt bezrobotnemu od kilku miesięcy piłkarzowi. Do kapitana drużyny się apeluje, modli, a nawet zaporową ceną stara się go przytrzymać do czerwca na Oporowskiej. Trenerowi wmawia się, że ci wypożyczeni młodzieńcy się rozwinęli i warto na nich spojrzeć przychylniejszym okiem. "WIOSNA BĘDZIE NASZA!" - krzyczy strona oficjalna ogłaszając obniżkę cen za karnety i licząc, że te wieści przebiją się do mediów w piłkarskim sezonie ogórkowym. Może ktoś i tym razem się nabierze?
Kibic się zawsze nabierze. Kibic zawsze przeanalizuje sytuację na kilka możliwych sposobów, ale nigdy nie zwątpi, nigdy do końca nie zakwestionuje. To ta bolesna natura kibicowskiej naiwności nie pozwala nam do całkowitego ekstremum na ten klub psioczyć, czy już w ogóle z tego klubu zrezygnować. Nic dziwnego, że przywiązanie do barw, nazwy i miejsca porównuje się do wypalonego na ramieniu znaku, wyraźnego napisu na czole czy wrzodu drążącego wszystkie nasze systemy, nakazującego nam bycia z klubem na dobre i - przede wszystkim - na złe.
Nie, to nie ma być tekst o Śląsku. W Śląsku nie ma sensu i od dawna go już nie było, a jeśli się pojawiał to tylko pod postacią pozorowanej nadziei, że może ten lub tamto w końcu wypali. Popatrzcie - wielu ledwie przejdzie to przez gardło - na Legię. Pośmiewisko ligi, gdy "frajersko" oddali Śląskowi tytuł. Maciej Skorża usprawiedliwiający porażki stwierdzeniem, że "liga będzie ciekawsza". Wielkie nazwiska i jeszcze większe wtopy - Nacho Novo, Ismael Blanco. Piękny, pełny i tętniący życiem stadion, a wpadki z Podbeskidziem, Bełchatowem i Cracovią.
Popatrzcie na nich teraz - (prawie) wszystko ma sens. Pozbyto się dyrektora sportowego, który skuteczność miał połowiczną, a na stanowisko szykuje się świetnego obrońcę o wielu kontaktach i sensowniej ukierunkowanym słowotokiem. Akademia dostarcza najlepiej przygotowane produkty pod sam nos szkoleniowca, który tylko się uśmiecha. Sprzeda się jeden talent, ale utrzyma dwa kolejne. Jest tak dobrze, że bezczelność i pewność siebie pozwala Legii grzebać pośród dobrze zapowiadających się piłkarzy największego rywala. Na boisku widać myśl powiązaną z umiejętnościami, cierpliwość i błyskotliwość. Nawet, co dopiero jest w Ekstraklasie nietypowe, solidność utrzymania tego wysokiego (wyrastającego ponad przeciętność?) poziomu - do czasu wpuszczenia Marko Sulera na murawę. Nagle letnie odejście Ljuboji nie jest wielką tragedią, ale szansą dla kolejnych, tych co już się od Serba wiele nauczyli.
Legia ma sens. Zdobycie przez nią mistrzostwa Polski miałoby sens - nie byłby to efekt przypadkowego skupowania zagranicznego szrotu (Wisła), czy oparcia się na nieefektownej defensywnej taktyce połączonej z siłowym przygotowaniem (Śląsk). Oczywiście w Warszawie mają swoje istotne problemy, lecz jest w głowie taka myśl, która wręcz im tegorocznego mistrzostwa życzy - i to jak najbardziej spektakularnego. Przecież jeśli nie tak bolesne spadanie z wysokiego konia (od mistrza do biedaka), to może właśnie zdeptanie Śląska przez Legię uzmysłowi ludziom z Oporowskiej, że najlepiej jest jednak działać z sensem?
Inwestycje w podstawy klubu, rozwinięty marketing, odpowiednie struktury, lokalny skauting... Ekstraklasa to liga co najwyżej przeciętna, pewnie bijąca ponad swoją wagę, ale z ambicją doczłapania się do europejskiej elity. Przez tak wiele lat liczono, że o tym wszystkim może zadecydować przypadek - czego bolesnym symbolem jest powierzenie narodowych Euro-nadziei człowiekowi, który szczyci się oceną skali talentu piłkarza po tym jak delikwent po schodach chodzi. Koniec z tym - niech ktoś wreszcie pokaże tym wszystkim naiwnym, że bezład, zamęt, przypadek i bezsens to nie jest dobra droga. Legia dostaje teraz na to szansę, ma swoją "misję". W ostatniej kolejce obecnego sezonu gra ze Śląskiem na własnym boisku, najlepsze karty ma po swojej stronie - może i mistrzostwo wtedy sobie zagwarantuje, ale i goście wtedy mogą sporo ugrać. Jeśli tylko zobaczą i zrozumieją co ma naprawdę w futbolu sens...