Drewniany. I co z tego?
Niejeden piłkarz Śląska mógł o sobie usłyszeć, że jest drewniany. O Kaźmierczaku wypowiadał się tak we własnej osobie sam szkoleniowiec, co nie jest miękkim wackiem robiony. Lwia części kibiców nie odmawiała korowej struktury Fojutowi. Czcząc zaś dwa gole strzelone GKS-owi Bełchatów Łukasz Gikiewicz był uprzejmy przekazać dziennikarzom, że i tak napiszą, że jest drewniany.
Z oceną Łukasza Gikiewicza jest problem. Każdy doskonale zdaje sobie sprawę z tego co on potrafi, jak zagra i co zagra. Nie oszukujmy się, oczekiwania nie są zbyt wysokie. Wiadomo, że umie się zastawić, powalczyć o górną piłkę, przepchnąć rywala. Jest też lisem pola bramkowego. Karnego już nie. Suma odległości z jakich zdobywał w tym sezonie gole jest prawdopodobnie mniejsza niż dystans z jakiego co po niektórzy futbolowi artyści byliby w stanie skierować piłkę do siatki przewrotką.
Odkąd zacząłem wystawiać oceny Łukaszowi Gikiewiczowi na Śląsknecie, schemat był zawsze ten sam. Zagrał ambitnie, szarpał, schodził do boku, do środka, wgłąb, zastawiał się, brał udział w rozegraniu. Jak na złość jednak non-stop wystawiano go na szpicy. Czyniło to Śląsk bezzębnym z przodu, coraz mocniej uzależniając zespół od kombinacji pomocników i stałych fragmantów gry. Ten stan rzeczy trwa do dziś.
Niepodważalną zaletą Gikiewicza jest to, że na jego ruchy nabierają się obrońcy. W momencie, kiedy wycofuje się on z okolic pola karnego, defensorzy często wychodzą razem z nim. Po co, chciałoby się zapytać dowolnego z obrońców, trenerów czy analityków, badających najbliższego rywala (o ile tacy byli)? Wiadomo, że szanse na to, że zawodnik Śląska przejmie piłkę, rozpędzi się i dryblingiem minie rywala są zbliżone do tego, że zdrowemu i sprawnemu przedstawicielowi gatunku ludzkiego nie uda się uciec przed nadjeżdżającym walcem. Obrońcy jednak często schodzili za Gikiewiczem w głąb pola. Tę lukę można było wykorzystać jakimś dokładniejszym podaniem Mili na któregoś ze zbiegających w ten sektor zawodników.
Skuteczność Gikiewicza jest bardzo niska. Słaba technika użytkowa sprawia, że ciężko mu będzie wykonać próbę dryblingu czy posłać precyzyjne uderzenie z dalszej odległości. Można go próbować jako target-mana przy dłuższych piłkach, granych na utrzymanie do momentu, w którym pozostali zawodnicy zdążą pojawić się w okolicy. Być może byłby przyzwoitym rozwiązaniem jako podwieszony napastnik, odciążający snajpera. Nadal jednak samemu nic nie stworzy, a pod bramką rywala stanowić będzie zagrożenie tylko, jeśli otrzyma piłkę na piątym metrze od linii końcowej. Zdrowy rozsądek nakazałby stwierdzić, że z tymi umiejętnościami kwalifikuje się gdzieś w okolice solidnego zawodnika przeciętnego pierwszoligowca.
Łukasz Gikiewicz będzie mógł jednak opowiedzieć wnukom, że został mistrzem i wicemistrzem Polski. Że walczył o Ligę Mistrzów. Ciężko stwierdzić, czy to, że takie sukcesy mogą spotkać piłkarza, którego umiejętności są, powiedzmy, skromne, świadczy źle o Śląsku. Skoro mając go w składzie, wrocławianie odnieśli te sukcesy, na tle ligi słaby być nie może. Ba, niejednokrotnie w meczach był zawodnikiem, który wyróżniał się na plus.
Gorzej, że zaczyna się pojawiać pytanie, czy na Ekstraklasę istnieją jeszcze za słabi (lub za drewniani) zawodnicy. Przymierzany do Śląska Krzysztof Ostrowski poprzednią rundę spędził występując w rozgrywkach Spartan Cup. Tak się złożyło, że jego ekipa zajęła przedostatnie miejsce w I lidze, spadając poziom niżej. A ów poziom niżej dzielnie poczynała sobie drużyna naszej redakcji...