Nakładką: Legia błyszczy
Chciałbym się zdziwić. Chciałbym tym plotkom nie uwierzyć. Chciałbym widzieć swój klub na szczycie. Chciałbym z dumą patrzeć na jego rozwój. Chciałbym by jego struktury mi imponowały. Chciałbym widzieć w nim najatrakcyjniejsze miejsce dla największych talentów. Chciałbym by to Śląsk miał siłę przyciągania. Chcieć to ja sobie mogę.
Pokój trenerów, sytuacja przy tablicy magnetycznej. Co prawda zmian nie było, lecz dyskusja jest zażarta - po sparingach każdy ma swoje zdanie, każdy ma swoją odpowiedź, każdy wie najlepiej. Tabliczki z nazwiskami są ciągle przestawiane, przenoszone, odrzucone - wyjściowej jedenastki na Widzew na pewniaka trzyma się niewielu. Dwóch, może trzech. Wśród nich Tomasz Jodłowiec na środku obrony - jedyny przekrojowy pozytyw po jesieni tej formacji, jedyna nadzieja na stabilizację.
Telefon dzwoni, trener odbiera. "Trenerze, pośrednika się nie zabija!", zaczyna rozmówca. "Proszę więc o spokój, zajęcie pozycji siedzącej, głębszy oddech. Otóż, zabawna sprawa, nie wspominaliśmy trenerowi o tym wcześniej. Tomek Jodłowiec w zasadzie nie jest naszym piłkarzem. I w zasadzie już nie będzie, bo jak Roman Kołtoń właśnie ćwierknął, Tomek idzie do Legii. Proszę mi wierzyć, nic nie mogliśmy zdziałać, nic nie było nam wiadome..."
Ale trener już nie słucha. Zrezygnowany podchodzi do tablicy, odrywa magnes z nazwiskiem Jodłowca i odrzuca do najbliższego kosza. W jego miejsce doczepia inny, jeden z tych jeszcze nieużywanych. Marek Wasiluk - reaktywacja. W pokoju następuje cisza.
Marginalizacja Śląska przy tym transferze tylko pokazuje jak Wrocławiowi daleko do tej przeklętej Warszawy. Wkopani między dziwaczne i trujące piłkarskie środowisko gierki prezesów pokroju Józefa Wojciechowskiego, działacze klubu z Oporowskiej dostali "głuchego" i miotają się szukając napastnika. Teraz brakuje im też obrońcy.
Niech to na jakie warunki "przechowania" Jodłowca w Śląsku zgodzili się jego włodarze da nam również obraz letniej desperacji Mistrzów Polski. Stopera Polonii przyjęto z pocałowaniem ręki, a przypomnieć warto też pełne zdziwienia wypowiedzi pana Patalasa, który jednocześnie zarzucał trenerowi Lenczykowi, że ten nie sprawił by Jodłowiec uratował Śląskowi przygodę w Europie.
Tomasz Jodłowiec byłby głupcem nie korzystając z takiej szansy. Naiwniakom wierzącym w cudowne działanie "atmosfery" szatni, "otoczki" klubu i "wizji działaczy" przeciwstawiam rozsądek piłkarza. Idzie on do miejsca nie tylko z lepszą płacą, ale i większymi perspektywami - trudno o lepszą motywację na tym rynku pracy.
Jego wyjęcie mniej zaboli Śląsk na boisku - fala uderzeniowa najmocniej trafi w skrupulatnie odbudowywaną od czasów trzeciej ligi reputację Śląska Wrocław. Miał być Mistrz i się on zdarzył, ale teraz znów jesteśmy w punkcie wyjścia. Pod osłoną spokojnego weekendu wyrwano Śląskowi czołowego gracza, ligowy top pod względem czytania gry na jednej z najbardziej newralgicznych pozycji. Przy kończącej się w lecie przygodzie Mili z Wrocławiem trudno będzie o wartościowych następców - nie tylko przez dziurawy budżet i indolencję działaczy, ale też brak takiego elementu jak siatka skautów.
Po mistrzostwie Śląsk miał stać się klubem, owszem, nadal eksportującym, ale już przynajmniej za granicę. Tymczasem najlepsi piłkarze teraz (Jodłowiec) lub w lecie (Mila) wzmocnią ligowych rywali. Ktokolwiek się zdziwi, gdy ze statku uciekną kolejni? Gdy Lech zabierze Kaźmierczaka, Wiśle zachce się Sobota? Najbardziej zaskoczeni pewnie będą ci operujący dzień w dzień na Oporowskiej.
Po mistrzostwie we Wrocławiu dalej maluje się rzeczywistość złotą farbą (szumne "Wiosna będzie nasza!"), ale odchodzi ona wielkimi płatami obnażając dziury w ścianach i brak znajomości fachu wykonawcy. Niech Legia będzie przykładem miejsca gdzie złotem się świeci nawet bez wygranych pucharów, ale z dobrymi argumentami. Czy to poziom klubowej akademii, czy Jan Urban, stan konta, czy Danijel Ljuboja - w Warszawie z jakimś planem kładzie się warstwę za warstwą, tak by i kolor przez lata się utrzymał. Pod takim dziełem (na nasze krajowe możliwości) Jodłowiec się podpisze. Ile można przecież znosić fuszerkę?
Każdy ma swoje marzenia związane z ukochanym klubem. Pewnie nawet ci najbardziej krytykowani żyją wizją lepszego jutra. To Śląska zwycięstw chcemy, to pięknej przyszłości jemu życzymy, to kibic karmi się marzeniami o wielkich zwycięstwach. Problem w tym, że po zdobyciu mistrzostwa coraz więcej mamy dowodów na to, że działaczom Śląska coraz bliżej do jego fanów. Jak się okazuje, teraz oni też mogą sobie tylko chcieć.