ŚLĄSKnet spełnia marzenia

- Byłem bardzo zaskoczony wygraną, można powiedzieć, że spełniło się jedno z moich marzeń – twierdzi Piotr Bojczuk, zwycięzca lutowego konkursu na „TOP – Zdjęcie w tle” naszego fanpage’a. Redakcja ŚLĄSKnet.com postanowiła zwycięzcę nagrodzić w sposób niestandardowy, dając możliwość przeprowadzenia wywiadu z dowolnym piłkarzem lub członkiem sztabu szkoleniowego Śląska Wrocław. Wybrańcem Piotra był Waldemar Sobota, z którym udało nam się spotkać w piątek, dzień przed meczem z Podbeskidziem Bielsko-Biała. - Nagroda w konkursie była niepowtarzalnym przeżyciem, które na co dzień się nie zdarza. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie swoboda rozmowy z Waldkiem. Serdecznie dziękuję redakcji ŚLĄSKnet.com za tak wspaniałe wrażenia i zachęcam wszystkich do brania udziału w takich konkursach, bo naprawdę warto! - dodaje Piotr, kibic Śląska z FC Strzelin, dla którego rozmowa z Sobotą była pierwszym w życiu wywiadem. Zachęcamy do zapoznania się z jego zapisem.
Piotr Bojczuk: Jak zaczęła się pana przygoda z piłką nożną?
Waldemar Sobota: Często inni zawodnicy, którym udało się wybić na ekstraklasowy poziom, mówią, że mają jakieś tradycje sportowe po rodzinie. W moim przypadku nie ma o tym mowy, w rodzinie w piłkę grał tylko wujek, ale w niższych ligach. Kto mnie do futbolu zaraził? Powiem tak – od najmłodszych lat piłka mnie pasjonowała, przychodziłem ze szkoły i od razu odrabiałem zadania domowe, żeby szybko udać się na boisko. Urodziłem się w małym mieście, a wychowałem w małej wiosce na Opolszczyźnie. Pierwszą bramkę, na którą strzelałem, była bramka zrobiona za domem przez mojego dziadka – tak zaczęła się moja przygoda z piłką.
Ta bramka stoi jeszcze w tym miejscu?
Już jej tam nie ma, była zrobiona z drewna i nie wytrzymała upływu czasu, ale mam siostrzeńca, który mieszka w tym moim domu rodzinnym i teraz on na tej łące sobie kopie, ale strzela już na bramkę aluminiową.
Kupioną przez pana?
(śmiech) Nie, to jego rodzice mu kupili.
Co pana inspiruje do bycia co raz lepszym piłkarzem?
Jestem człowiekiem głęboko wierzącym, chociaż nie zawsze udaje mi się wszystkich rzeczy przestrzegać i czasami tę wiarę zatracam. Od małego modliłem się o to, żeby moje marzenia, które sobie określiłem, się spełniły. To mi dawało takiego „kopa”, żeby wspinać się po kolejnych szczeblach i dążyć do czegoś, co wydawało się realne. Uważam, że jeżeli się ciężko pracuje, to można osiągnąć sukces.
Wzorował się pan na którymś z piłkarzy?
Szczerze mówiąc, to w młodych latach nie miałem swojego piłkarskiego idola. Pierwszy mundial, który pamiętam, to mistrzostwa w Stanach Zjednoczonych w 1994 roku. Pamiętam, że w finale Brazylia zagrała z Włochami, a zawodnikiem, który najbardziej przypadł mi do gustu był Roberto Baggio. Pamiętam jego zagrania, ale mimo wszystko, to nie był ktoś, kto miał inspirował, bo takiego piłkarza nie miałem.
A obecnie?
Ze względu na to, że moim ulubionym klubem piłkarskim jest Bayern Monachium, to bardzo lubię Francka Ribery. Podziwiam go nie tylko jako piłkarza, ale także jako człowieka. Finansowo niczego mu nie brakuje, jakiś reporter kiedyś zadał mu pytanie, że skoro ma tyle pieniędzy, dlaczego nie zrobi sobie operacji plastycznej, żeby pozbyć się blizn powypadkowych, Ribery odpowiedział, że skoro Bóg tak chciał i tak się potoczyło jego życie, to on tego zmieniać nie chce. To mnie dodatkowo zainspirowało. On jest moim piłkarskim idolem, ale jeśli ktoś mnie zapyta, kto jest najlepszy na świecie, zdecydowanie odpowiem, że Leo Messi.
Czuje pan sentymentalne przywiązanie do kibiców Śląska?
Grałem wcześniej w bardzo małych klubach na Opolszczyźnie. Tam ten ruch kibicowski na pewno nie był tak rozwinięty jak tutaj w Śląsku. Po pierwszy spotkałem się z taką rzeszą kibiców, cieszę się, że mogę np. pojechać do dzieci w szkole i zobaczyć, jak oni są zakochani w Śląsku. To napawa mnie optymizmem i inspiruje mnie, żeby po wyjściu na boisko dać z siebie wszystko i zagrać jak najlepiej, dając kibicom radość.
Który mecz ze swojej kariery wspomina pan najmilej?
Myślę, że muszę tutaj przywołać moje ostatnie spotkanie w poprzednim klubie – MKS-ie Kluczbork. To mój mecz pożegnalny, bo już było wiadomo, że nie przedłużę wygasającego kontraktu. Graliśmy wtedy z GKS-em Katowice, chciałem się godnie pożegnać z kibicami, wygraliśmy wtedy 3:0, udało mi się zaliczyć bardzo dobry występ i strzeliłem nawet gola. Trenerem naszego zespołu był doskonale znany we Wrocławiu Grzegorz Kowalski, który pod koniec spotkania postanowił mnie zmienić i wtedy widok tych dziękujących mi kibiców, którzy szczelnie wypełnili stadion w Kluczborku, to było naprawdę coś pięknego. To była chwila, którą zapamiętam na bardzo długo.
Jeżeli chodzi o Śląsk, to zdecydowanie trzeba wskazać mecz, po którym zostaliśmy mistrzami Polski na stadionie w Krakowie. Radość nasza i kibiców po spotkaniu to było coś niesamowitego, cieszę się, że mogłem doczekać takiej chwili.
Pamięta pan grę z Arkadiuszem Półchłopkiem, z którym kopałem kiedyś piłkę na jednym podwórku?
Tak, chłopak ze Strzelina, graliśmy razem bodajże rok lub półtorej. Wspominam ten okres bardzo miło, grał w Kluczborku w ataku i strzelał bramki. Nie wiem jak mu się teraz powodzi, ale swego czasu na pewno był zawodnikiem, który stanowił o sile zespołu.
Derby mobilizują i emocjonują piłkarzy tak samo jak kibiców?
Na pewno tak. Pomimo tego, że większość z nas nie pochodzi z województwa dolnośląskiego, czy z regionu wrocławskiego, to każdy z nas, jak wychodzi na pojedynek derbowy, to utożsamia się oczywiście z klubem i kibicami. Przed ostatnim pojedynkiem z Zagłębiem Lubin, nigdy wcześniej z nimi nie przegrałem. Niestety przegraliśmy i szkoda, że zawiedliśmy kibiców. Na pewno będziemy chcieli się zrehabilitować.
W meczach przyjaźni jest trochę bardziej przyjacielsko?
Oczywiście wiemy, że jak gramy z Wisła czy Lechią, to mamy w głowach, że kibice Śląska przyjaźnią z kibicami tych drużyn. Na boisku nie ma jednak mowy o jakimkolwiek podkładaniu się, nie odkładamy nogi i walczymy dla drużyny o zwycięstwo.
Ma pan jakąś swoją ulubioną przyśpiewkę kibiców Śląska?
W poprzednim sezonie często było śpiewane „Mistrzostwa Polski nadszedł czas” i to taka pieśń, z którą wiąże się wspomnienie złotych medali.
Utkwił panu w pamięci jakiś mecz pod względem kibicowskim?
Na pewno ostatnie spotkanie w zeszłym sezonie, to w Krakowie. Zjechało się wtedy na stadion dużo kibiców Śląska, zresztą na każdym meczu wyjazdowym możemy liczyć na ich doping, kiedy głośno nas wspierają.
Presja na meczu reprezentacji jest większa niż na meczu ligowym?
Apetyt rośnie w miarę jedzenia, po tym, jak zacząłem grać w Ekstraklasie, trochę okrzepłem i dostałem powołanie reprezentacji. Na pewno nie jestem jeszcze doświadczonym zawodnikiem, ale trochę meczów mam już za sobą i to, że reprezentuję krajowe barwy, jakoś dodatkowo mi nie ciąży. Wręcz przeciwnie, bardziej mnie to mobilizowało i jeszcze bardziej chciałem się pokazać, bo stoją wtedy za nami kibice z całej Polski.
Czuje pan niedosyt, bo nie dostał pan powołania od trenera Fornalika?
Na pewno zależało mi, żebym znowu pojechał na zgrupowanie reprezentacji. Miałem nadzieję, że zostanę powołany, ale konkurencja na mojej pozycji jest spora i nie jest mi łatwo się przebić do kadry. Być może trener uznał, że teraz nie jestem mu potrzebny, trudno, trzeba dalej pracować, żeby spełniać kolejne marzenia i otrzymywać powołania.
Pana cel na ten sezon?
Przede wszystkim chcę jak najlepiej grać w piłkę i dawać radość kibicom naszymi zwycięstwami, a co za tym idzie, liczę na jak najwyższą pozycję Śląska w tabeli. Mamy szansę na wywalczenie Pucharu Polski i mam nadzieję, że dojdziemy w tych rozgrywkach do finału, jednocześnie walcząc do końca o obronę mistrzostwa.