Pierwszy krok w kierunku finału


Wrocławianie pokonali Wisłę 2:1 (2:0) w pierwszym meczu półfinału Pucharu Polski. Gole dla Śląska zdobywali Waldemar Sobota i Sebastian Mila, po pięknym strzale z rzutu wolnego. Dla gości na początku drugiej połowy trafił Patryk Małecki.
Śląsk rozpoczął ten mecz tak, jak na mistrza przystało. Gospodarze od pierwszych minut narzucili bardzo wysokie tempo, któremu krakowianie po prostu nie mogli sprostać. W 10. minucie wynik spotkania otworzył Waldemar Sobota. Skrzydłowy wrocławian przedarł się z piłką w pole karne gości i strzałem w dalszy róg bramki nie dał szans interweniującemu Sergeiowi Pareice. Nie minęły cztery minuty, a kibice we Wrocławiu znowu mogli cieszyć się z gola. W pobliżu narożnika pola karnego Wisły Śląsk wywalczył rzut wolny po faulu Arkadiusza Głowackiego. Nikt nie spodziewał się, że akurat z tej strony na bezpośredni strzał lewą nogą zdecyduje się Sebastian Mila. Zdaje się, że Pareiko również liczył na dośrodkowanie kapitana WKS-u. Mila przymierzył jednak świetnie, podkręcił piłkę w tak sposób, że ta wpadła idealnie przy bliższym słupku. To był znakomity strzał, który po prostu trzeba zobaczyć. Warto dodać, że to dopiero pierwszy gol Mili zdobyty po strzale z rzutu wolnego na nowym stadionie.
Od początku na boisku szalał Sobota. Skrzydłowy Śląska był nie do zatrzymania. Kiedy rozpędził się z piłką nikt nie był w stanie go dogonić, a ten wydawał się w ogóle nie męczyć. Za każdym razem akcja rozpoczęta przez Sobotę kończyła się groźnym strzałem lub dośrodkowaniem. Po pół godzinie gry Wisła oddała pierwszy celny strzał na bramkę Rafała Gikiewicza, a chwilę potem mogła zostać ukarana po raz trzeci. Tym razem za sprawą Ćwielonga, który strzelając z dziesięciu metrów trafił w słupek. Wiślacy byli bezradni i nie mieli pomysłu na to, jak sforsować defensywę gospodarzy. Chwilami krakowianie wyglądali przy rywalu, jak drużyna z niższej ligi. Wisła niczym nie przypominała na razie zespołu, który w listopadzie 2011 roku pokonał Śląsk na Stadionie Miejskim 1:0.
Po przerwie na boisku w barwach Wisły pojawił się Rafał Boguski, który zmienił kompletnie niewidocznego Cwetana Genkowa. Role kompletnie się odwróciły. W 49. minucie w pole karne Gikiewicza wpadł z piłką Patryk Małecki. Mimo asysty zdołał oddać techniczny strzał nad interweniującym bramkarzem i piłka wpadła do siatki. W szatni Wisły w przerwie meczu musiało paść wiele mocnych słów, Wiślacy wyglądali na bardzo zmotywowanych i bardziej pewnych siebie. Gospodarzom nie było już tak łatwo przedostać się pod ich bramkę, za to goście atakowali coraz groźniej. Wynik do końca meczu już się nie zmienił mimo kilku okazji z jednej i drugiej strony. Najlepszą okazję na gola kilka minut przed końcem miał wprowadzony w drugiej połowie Łukasz Gikiewicz, któremu Sobota idealnie wyłożył piłkę w polu karnym. Napastnik Śląska fatalnie jednak uderzył, nie trafił dobrze w piłkę i ta powoli potoczyła się w kierunku końcowej linii boiska.
Kibice mogą być zadowoleni z ciekawego widowiska, szkoda tylko straconej bramki, bo to dla Wisły, mimo wszystko, niezła zaliczka. Za tydzień oba zespoły zagrają w Krakowie rewanż, który rozstrzygnie, kto zagra w finale Pucharu Polski.