Śląsk w mistrzowskiej formie, ale bez pucharu: Legia – Śląsk 0:1


Wrocławianie, choć mieli ku temu szereg okazji, nie zdołali odrobić dwubramkowej straty z pierwszego meczu finału Pucharu Polski i nie wywalczyli tego trofeum po raz trzeci w historii klubu. Kibice WKS-u zobaczyli jednak znów drużynę w mistrzowskiej formie, zespół który zdominował Legię. Jedyny gol padł po fatalnym zagraniu Michała Żewłakowa i trafieniu samobójczym, ale bliscy pokonania Wojciecha Skaby byli także Waldemar Sobota, Mateusz Cetnarski i Piotr Ćwielong, po którego uderzeniu piłka trafiła w poprzeczkę.
Trener Stanislav Levy lubi zaskakiwać wyjściowym składem. A to z uporem maniaka stawia na zbierającego cięgi w mediach Dalibora Stevanovicia, a to w pierwszej jedenastce pojawia się Jakub Więzik. Tym razem zielono-biało-czerwoni na Łazienkowskiej rozpoczęli mecz bez pauzujących za kartki Marka Wasiluka i Mariusza Pawelca (z konieczności na lewej obronie Krzysztof Ostrowski), ale też bez nominalnego napastnika!
Defensywę gospodarzy miał straszyć za to Mateusz Cetnarski. - Czasami wystarczy wystawić dobrego pomocnika, niż słabego napastnika – komentował telewizyjny ekspert Andrzej Iwan. W środku pola znów zagrał Marcin Kowalczyk i był jedną z najjaśniejszych postaci na murawie, bo właśnie zagęszczenie i opanowanie tej strefy boiska – podobnie jak niemal tydzień wcześniej we Wrocławiu – okazało się kluczem do osiągnięcia przewagi na murawie.
Wrocławianie poruszali się po niej szybciej, byli agresywniejsi (gracze Legii w 1. połowie zanotowali tylko 3 faule!), a szybko operując piłką wprowadzali w dezorientację przeciwników, wyglądających jakby już przed pierwszym gwizdkiem otworzyli w szatni szampany. Na pewno skoncentrowany spotkania nie rozpoczął Żewłakow - w 2 minucie Sebastian Mila zacentrował w pola karne, Stevanović nawet nie próbował skakać do główki, co tak zdziwiło stopera Legii, że gdy futbolówka poszybowała w jego kierunku, tak niefortunnie główkował, że posłał ją prosto do siatki.
Świetny początek dodał zielono-biało-czerwonym animuszu i podopieczni Stanislava Levego, ku zaskoczeniu niemal 30 tysięcy sympatyków Legii siedzących na trybunach, wyprowadzali groźne akcje ofensywne. W 15 minucie przed szansą stanął Sobota, ale strzelił wprost w Skabę, po chwili po świetnym prostopadłym podaniu Cetnarski nie opanował dobrze piłki i naciskany przez bramkarza nieco za bardzo wygonił się w bok pola karnego. W 23 minucie Mila obsłużył podaniem Ćwielonga, ale i tym razem bramkarz gospodarzy był na posterunku.
Wrocławianie wyprowadzali szybkie ciosy, a Legioniści biegali po murawie niczym dzieci we mgle, stwarzając zagrożenie pod bramką Gikiewicza jedynie po stałych fragmentach gry. Nie uszło to uwadze trenera Jana Urbana, który zastąpił bezproduktywnego Janusza Gola Danielem Łukasikiem.
Gospodarze od tej pory nieco bardziej skupili się na defensywie, oddając pola wrocławianom, ale w ataku pozycyjnym graczom Levego nie szło tak dobrze, jak wcześniej przy szybkich kontrach. Do przerwy to gracze WKS-u byli częściej przy piłce (53%), a schodzących o szatni niemrawo grających gospodarzy miejscowi fani żegnali gwizdami.
- Ja się zajmuję swoją robotą – chcę utrzymać zero z tylu, a koledzy w drugiej połowie na pewno coś strzelą – mówił przed zmianą stron Rafał Gikiewicz. Niestety, jego przewidywania sprawdziły się tylko w połowie, choć do dogrywki było niezwykle blisko. Zestresowani gospodarze nadal razili nieporadnością, czego podsumowaniem było zagranie w 56 minucie Artura Jędrzejczyka, który pod pressingiem próbując podać do bramkarza, wyekspediował piłkę poza boisko.
W 69 minucie bohaterem meczu mógł ponownie zostać Ćwielong, który w niedzielę zapewnił wygraną WKS-owi z Pogonią Szczecin. Po pięknym podaniu od Kowalczyka, próbował lobować golkipera, ale piłka trafiła tylko w poprzeczkę. Gospodarze odgryźli się strzałami Vrdoljaka i Łukasika, ale Gikiewicz był na posterunku i były to jedne z nielicznych groźnych akcji ekipy Jana Urbana tego dnia.
Czas uciekał, a wrocławianie musieli zdobyć gola by być nadal w grze, więc trener Levy wzmacniał ofensywę posyłając do boju Sylwestra Patejuka, Łukasza Gikiewicza i Jakuba Więzika, ale żaden z nich nie zdołał wyrównać stanu rywalizacji w dwumeczu.
Wrocławianom po odebraniu pamiątkowych medali pozostało tylko żałować braku skuteczności i słabej gry w pierwszym meczu na Stadionie Miejskim. Puchar i czek na pół miliona złotych trafił w ręce Legionistów. Jeśli jednak wrocławianie utrzymają formę ze stolicy, to o wywalczenie 3. miejsca w lidze nie powinno być trudno.
Legia Warszawa - Śląsk Wrocław 0:1 (0:1)
Żewłakow 2' (sam.)
Legia: Skaba - Jędrzejczyk, Żewłakow, Jodłowiec, Suler - Vrdoljak, Gol (34. Łukasik) - Kosecki, Dwaliszwili, Brzyski (74. Radović) - Saganowski (87. Furman).
Śląsk: R.Gikiewicz - Ostrowski, Kokoszka, Grodzicki, Socha - Kowalczyk - Sobota, Cetnarski (65. Cetnarski), Stevanović (87. Ł.Gikiewicz), Mila, Ćwielong (87. Więzik)
Żółte kartki: Dwaliszwili,Kosecki - Ostrowski
Sędzia: Paweł Gil
Widzów: 29 416