Nakładką: Bilans otwarcia Śląska
własne | skomentuj (4)
Futbol to liczba. Już teraz - oczywiście poza Polską - dominują statystyki opisujące ilość stworzonych przez piłkarza szans, wślizgi, wygrane pojedynki w powietrzu, dryblingi i straty, przejęcia piłki, a nawet wskazują miejsce, gdzie ustawić zawodnika, bo tam futbolówka przy rzucie rożnym najczęściej spada. Może więc w tym szaleństwie jest metoda? Może i ta moda trafi też do nas? Nie na darmo jedne z najważniejszych słów Stanislava Levy'ego w letnim okresie przygotowawczym ograniczyły się do prostego równania matematycznego.
Szkoleniowiec Śląska wziął głęboki oddech i wygodniej usadowił się w swoim krześle. Osaczony przez dziennikarzy przy ścianie, mógł wreszcie zrobić użytek ze specjalnie przygotowanej kartki papieru, którą do tej pory nerwowo ściskał w ręce. - Policzyłem, że od momentu jak we Wrocławiu jestem, odeszło od nas dziewięciu zawodników. Przyszło pięciu. Proste - skwitował Stanislav Levy.
Niestety, trenerze, to nie jest takie proste. Śląsk już od jakiegoś czasu prosił się o odczyszczenie własnej listy płac z zawodników, którym daleko było do spełniania powierzonych im zadań. Johan Voskamp okazał się niestety nieporozumieniem, Cristian Omar Diaz winę widział u wszystkich tylko nie u własnej rosnącej wagi. Łukaszowi Gikiewiczowi - wedle jego własnych słów - brakowało w Śląsku po prostu szczęścia. Dla niego źle ułożona stopa w prostej wydawałoby się sytuacji oznaczała przeklęty los - po tym jak chętnie oddał go Śląsk można rozumieć, że klubowa, trenerska wersja jest zupełnie inna.
Oczywiście nie byłoby transferowego okienka bez swojego rodzaju kompromitacji. Na długo przed tym jak Piotr Ćwielong dostał pod nos kontrakt z Bochum, Śląsk powinien już mieć jednego ze swoich najlepszych zawodników podpisanego na kolejne lata. Podobnie ma się sprawa z Marcinem Kowalczykiem - przestańmy karmić się już dawno przeterminowanymi gadkami o piłkarskiej lojalności, gdyby racjonalnie oceniono formę obrońcy jeszcze w marcu, Stanislav Levy nie dramatyzowałby teraz przy jednej ledwie zapisanej kartce papieru.
Bilans jest ujemny, rywalizacji brakuje, a w środku obrony jest już praktycznie dramat. W czepku urodzony jest chyba Marek Wasiluk - bądźmy szczerzy do bólu, piłkarz przeciętny - który w pierwsze dni wakacji opublikował filmik promocyjny, by pomóc sobie w szukaniu nowego klubu. Niewykluczone, że po poważnej kontuzji Rafała Grodzickiego to on zostanie też partnerem Adama Kokoszki w środku obrony, choć przy zrealizowaniu choćby dwóch życzeń Levy'ego, nawet zdrowy były zawodnik Ruchu nie łapałby się do pierwszej jedenastki.
By nie tylko mącić w transferach Śląska należy dodać, że sprowadzeni piłkarze to wzmocnienia. Sebino Plaku gra dynamicznie i inteligentnie zarazem, nie pod siebie ale dla drużyny. Marco Paixao więcej uwagi poświęca indywidualnym rozwiązaniom, lecz te wychodzą mu przynajmniej dobrze - jeśli w lidze okaże się tak szybki jaki był na sparingach, Śląsk będzie miał z niego pożytek. Dudu Paraiba? Zdecydowanie musi poprawić grę w defensywie, ale porównując jego udział w akcjach ofensywnych do tego co oferowali Spahić czy Pawelec, to trzeba postawić dużego plusa przy nazwisku Brazylijczyka.
Śląsk w nadchodzącym sezonie będzie jeszcze bardziej przypominał drużynę "dwóch prędkości", której brakuje stabilizacji. Patrzcie na poziom gry defensywnej - wrocławianie stracili czterdzieści dwa gole, plasując się na piątym od końca miejscu pod tym właśnie względem. Ledwie w ośmiu spotkaniach bramkarze zachowali czyste konta, gdy golkiperzy Lecha i Legii nie wyciągali piłki z siatki w odpowiednio siedemnastu i czternastu meczach. Teraz pytanie - czy naprawdę zrobiono we Wrocławiu cokolwiek by ten wybitnie negatywny trend obrócić?
Jak mawiał klasyk, najlepszą obroną jest atak. Niewątpliwie interesujące spotkania, wysokie wyniki, wymiany ciosów i atrakcyjny futbol ofensywny mogą być odbierane jako najlepsze działanie marketingowe dla zwykle pustawego Stadionu Miejskiego, lecz czy przyniosą rezultaty? Czy w każdym meczu Śląsk Levy'ego strzeli o jednego gola więcej? Czy to wykalkulowane na zimno ryzyko, wypadkowa tego okienka transferowego, a może po prostu głupota? Czy w końcu odnajdzie się napastnik przebijający ten niewyobrażalny wyczyn Tomasza Szewczuka - dziewięć ligowych goli?
Wciąż jesteśmy mamieni obietnicą, że zawodnicy w Śląsku się zjawią. Tak jak pod koniec sezonu mówiono o prawdziwych pieniądzach na transfery, tak teraz szkoleniowiec potwierdza, że przyjdą piłkarze z kartą na ręku. Co więcej, Sylwester Patejuk pogroził zarządowi palcem tłumacząc, że niezbyt przyjemnie patrzy się na uśmiechniętych nowo podpisanych piłkarzy, gdy przecież nie przelano ostatnich kilku pensji na konta "starej" gwardii. Tak by nie musieli dorabiać na prywatnych pozwach... Może i podkreślanie tego faktu nie jest na miejscu, ale nadzieja, że apel o uporządkowanie tego pobojowiska w końcu do mainstreamu się przebije jest zbyt kusząca. Dla dobra Śląska, prawda?
Dobrze wiedzieć, że Sebastian Mila wciąż zagwarantuje Śląskowi kilkanaście punktów w klasyfikacji kanadyjskiej. Miło wreszcie zobaczyć, jak młodzież jest wciągana do pierwszego zespołu, nawet jeśli wyłącznie przez kadrowe braki. Sparingi przyniosły pozytywne wieści, nawet jeśli ich bohater, Waldemar Sobota, też będzie chciał się wkrótce z Wrocławia ulotnić.
Czwartek nadchodzi wielkimi krokami, a wraz z nim premiera niewiadomej - postawy Śląska, jego przyszłości, umiejętności nowych zawodników, formy tych, których już mieliśmy przyjemność oglądać... To test dla wszystkich, by po problemach i turbulencjach poprzedniego sezonu odciąć się ostatecznie i kontynuować zawieszoną i zabitą deskami budowę wielkiego na miarę krajową klubu. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że nad głowami zarządu i sztabu szkoleniowego powstał szklany sufit - może i na poziomie trzeciego miejsca jest on całkiem wysoko, ale przy takim mieszaniu w tej szklance wody dla kibiców zawsze będzie ona w połowie pusta. Lub, jak to woli, w pięćdziesięciu procentach zapełniona - wyłącznie obietnicami i okrągłymi, choć pustymi słowami.
Futbol to liczba i, choć piłkarze oraz trenerzy robią wszystko co w ich mocy, we Wrocławiu wciąż niestety ujemna.