Rzeczywistość zbadana rezonansem
Dziś w mediach piszących o Śląsku możemy poczytać o kontuzji Sebastiana Mili oraz odwołaniu klubu od kary ćwierć miliona złotych, jaką nałożyła Komisja ds. Licencji Klubowych. Działacze są zaskoczeni uzasadnieniem, jakie dostali z PZPN-u.
Kapitan zespołu jest bardzo niezadowolony z przymusowej pauzy w grze. Cytuje go Przegląd Sportowy:
- Jestem już po badaniu rezonansem i niestety wyniki są mało pozytywne. Mam naderwana więzadła i co najmniej przez trzy tygodnie nie będę mógł trenować, a co dopiero grać. Jestem lekko podłamany, bo chciałbym przecież pomóc zespołowi w tych spotkaniach - mówi nam Mila.
- Dla mnie najgorsze co może być, to przyglądać się z boku grze mojej drużyny. Jest w tym coś dziwnego, bo zaraz miał być mecz z Zawiszą, gdzie trenerem jest Ryszard Tarasiewicz, a później z Lechią, którą kocham od lat - stwierdził pomocnik.
Tymczasem Sport.pl analizuje słabą grę drużyny w ostatnich meczach, kiedy jeszcze mogła ona liczyć na wsparcie swojego playmakera.
Śląsk bezwzględnie musi otrząsnąć się z futbolowej bylejakości, w jaką popadł, i zacząć piąć się w górę tabeli. Wrocławska drużyna przy wszystkich jej niedostatkach kadrowych nie jest tak słaba, jak się ostatnio prezentuje.
W Śląsku znów jest paradoksalnie. Klub po raz pierwszy od wielu miesięcy zmierza do organizacyjnej stabilizacji, a zespół ma wreszcie wymarzonego supersnajpera w postaci Marco Paixao. Mimo to gra chyba najgorzej w erze trenera Stanislava Levego.
Zdaniem portalu największym problemem wrocławian wcale nie jest krótka ławka rezerwowych.
Najbardziej irytujące jest bowiem to, że wrocławianie punkty tracą w sposób nonszalancki. Najpierw w Zabrzu wprowadzony Sebino Plaku zgubił piłkę. Potem ten sam zawodnik nie podbiegł pomóc koledze w defensywie z Jagiellonią, a Tadeusz Socha w tej samej akcji dał się ograć jak junior.
Wbrew pozorom przy stratach punktowych często kadrowe ubóstwo Śląska nie ma aż takiego znaczenia. Z Górnikiem przy trzecim golu piłkę stracił wypoczęty Plaku, a w innym pojedynku wprowadzony z ławki Sylwester Patejuk nie dał zespołowi zupełnie nic.
Tak naprawdę największym kłopotem Śląska pozostaje fakt, że jego piłkarzom wielokrotnie brakuje boiskowego wyrachowania, ale również, co przyznaję ze smutkiem, chęci pójścia z przeciwnikiem na twardy pojedynek fizyczny. To zupełnie tak, jakby wrocławscy piłkarze wierzyli, że do wygranych nie potrzeba pasji, wielkiej walki i zaangażowania, ale wystarczy różnica umiejętności czysto technicznych. Ta różnica często jest po stronie Śląska, ale jak widać - to do wygranych nie wystarczy.
***
Przegląd pisze, co takiego wyczytali w piśmie od komisji licencyjnej wrocławscy działacze.
We Wrocławiu obawiali się, że Komisja ds. Licencji Klubowych nałoży karę za brak realizacji zobowiązań, podjętych przez miasto i Polsat w przerwie letniej. Obaj akcjonariusze Śląska złożyli wtedy pisemne zapewnienie, że zapewnią spółce stabilność, a nawet że podniosą kapitał akcyjny Śląska. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca - cały czas się kłócili.
Z pisma jakie otrzymał Śląsk od Komisji wynika jednak, że 250 tys. złotych kary trzeba zapłacić za coś innego. Nie za ubieganie się o licencję na podstawie obietnic bez pokrycia, które złożyli obaj wspólnicy. Kara jest za to, że klub, już po otrzymaniu licencji, nie informował o zdarzeniach prawnych, stawiających pod znakiem zapytania dalszą działalność spółki (uznanie roszczeń Solorza do dziury w ziemi, złożenie wniosku o upadłość itd.).
- Wniosek o upadłość układową złożyliśmy w sądzie 19 września i niemal natychmiast poinformowaliśmy o tym fakcie PZPN. Z kolei złożenie wniosku do sądu było właśnie efektem uznania roszczenia Polsatu. Mamy dokumenty, które świadczą o tym, że PZPN był informowany o wszystkim na bieżąco - dodaje Michał Mazur, rzecznik Klubu.
Gazeta Wyborcza dodaje, że kara w takim razie jest mocno przesadzona i że dołożyć się do niej powinien... Solorz.
Kara nałożona na Śląsk jest słuszna, gdyż właściciele klubu oszukali PZPN i niejako wyłudzili licencję na grę w europejskich pucharach. Ale w uzasadnieniu wyroku nie ma o tym ani słowa, dlatego wrocławianie powinni się odwołać i zapłacić mniej.
(...)
Tak czy inaczej, nie są to przewinienia, które kwalifikowałyby się na karę aż 250 tys. zł. Tyle Śląsk powinien zapłacić, gdyby komisja odważyła się napisać wprost: właściciele klubu nas oszukali, na to zgody nie ma i nigdy nie będzie.
Skoro jednak do tego nie doszło, to wrocławianom w trybie odwoławczym powinno się karę zmniejszyć. A grzywnę powinni wspólnie zapłacić przedstawiciele miasta i Zygmunta Solorza. Tak będzie sprawiedliwie.