Skoczysz z dachu stadionu?
Poszukujący adrenaliny mogą skoczyć ze spadochronem, mogą skoczyć na bungee a od 8 lutego będą mogli także stanąć na krawędzi dachu Stadionu Wrocław... i zrobić krok w pustkę. Ten nietypowy projekt to 37 metrów lotu, dostarczającego ekstremalnych wrażeń. System skoków jest zupełnie inny niż przy bungee – opiera się na połączonych linach statycznych i dynamicznych, zapewniając maksymalną długość swobodnego lotu.
Z atrakcji skorzystać będą mogły osoby pełnoletnie, niemające chorób serca, w okresie zimowym w weekendy od godz. 12, a gdy zrobi się cieplej codziennie. Koszt skoku to 150 zł, ale do 31 stycznia można skorzystać z 50% zniżki wykupując voucher (ważny przez 3 miesiące) na stronie organizatora firmy Dream Jump.
Tyle teorii, a jak to wszystko wygląda w praktyce – przedstawiciele ŚLĄSKnetu postanowili sprawdzić na własnej skórze.
Do skoku nie trzeba się specjalnie przygotowywać, choć przy obecnej aurze warto ciepło się ubrać, a rękawiczki i czapka nie zaszkodzą. Jeszcze na ziemi (wejście na esplanadę od ul. Królewieckiej) kilka minut zajmuje założenie specjalnej uprzęży, przy okazji sprawdzając czy w kieszeniach nie zostały przedmioty mogące wypaść, a buty są dobrze zawiązane. Potem szybka jazda windą na 4 piętro, przejście przez kawałek trybun i czeka nas wspinaczka drabinką na dach – tu przydają się wygodne buty.
Później kilka kroków po dachu i zostajemy przypięci do liny.
Odbywa się to kilka metrów od krawędzi nie tylko ze względów bezpieczeństwa, ale też by zbyt wcześnie nie spojrzeć w dół. Gdy już cała konstrukcja jest gotowa, czas na krótki instruktaż – będzie trzeba stanąć na krawędzi i zrobić krok jak byśmy chcieli przeskoczyć kałużę, trzymając się dwoma rękoma liny. Wszystko wydaje się proste... do czasu aż zbliży się do krawędzi. Humor nagle znika, a w głowie pojawia się pytanie: Czy jestem aż tak szalony, by rzucić się stąd ku ziemi?
Gdy spogląda się w górę dach nie wydaje się być zbyt wysoko, gdy jednak z niego patrzy się w dół, to nagle te niecałe 40 metrów wydaje się być co najmniej dwa razy większe. Potwierdzają się również słowa organizatorów, że paradoksalnie skok z mniejszej wysokości wymaga większej odwagi, bo ziemia jest blisko, widać stojących ludzi i w tej sytuacji zrobienie kroku ze stabilnego gruntu w powietrze nie jest proste. To także różnica w porównaniu np. do tandemowych skoków ze spadochronem – tu sami musimy zrobić ten decydujący krok, nikt nas ku ziemi nie popchnie. A gdy spojrzy się w dół, naprawdę potrzeba sporej odwagi, co potwierdziło się podczas pokazu prasowego, gdy nie wszyscy wytrzymali presję i pokornie - zamiast będąc przypiętym do liny – wracali schodkami. Czy to na pewno sprawdzony system? Czy ktoś już skoczył i przeżył? Nagle pojawiają się różne pytania i myśli.
Do odważnych jednak świat należy. Mając asekurację z tyłu stawiamy dwie nogi na krawędzi, pada pytanie czy jesteśmy gotowi (Oczywiście, że nie), potem ustalone: „Ready! Set! Go!”, robimy krok i… spadamy… najpierw szybko… niby w powietrzu można puścić się liny, ale kto o tym pamięta, w końcu tylko ona zapewnia pewne uczucie stabilności w tej abstrakcyjnej sytuacji i trzyma się jej kurczowo, tak jakby im mocniejszy był uścisk rękami, tym większa szansa na szczęśliwy powrót na ziemię… po chwili pęd powietrza wyhamowuje i już wiemy, że jednak chyba przeżyjemy… Zawisamy kilka metrów nad ziemią i pojawia się uczucie radości – adrenalina buzuje w żyłach, a miejsce niedawnego strachu zajmuje uczucie radości i satysfakcji z tego, że się go pokonało. Lina powoli się opuszcza, aż stopy znów poczują twardy grunt.
Odczepiamy wszystkie zapięcia, ściągamy uprząż, spoglądamy w górę i zdajemy sobie sprawę, że jesteśmy wariatami, którzy STAMTĄD rzucili się w dół! I chcemy od razu znów tam wejść i zrobić to jeszcze raz...