J. Sybis: Tadek był przywódcą, a my tworzyliśmy kolektyw

Przed meczem z Legią Warszawa rozmawialiśmy z Januszem Sybisem, utytułowanym byłym piłkarzem Śląska Wrocław, który opowiedział co myśli o byłym i nowym trenerze klubu, Sebastianie Mili oraz dzisiejszym spotkaniu z Legią.
Tadeusz Pawłowski został nowym trenerem Śląska. To właściwa osoba na właściwym miejscu?
Janusz Sybis: Teraz, po pierwszym meczu, uważam jeszcze bardziej, że to jest dobra decyzja. Tadek zawsze był człowiekiem ambitnym i człowiekiem, który potrafił współdziałać z zespołem. Kiedy był kapitanem za moich czasów, ja dobrze wówczas funkcjonowałem, bo dzięki niemu zdobywałem dużo bramek. Jak również on na tym zyskiwał - potrafił wykończyć akcje, kiedy ja dryblowałem i podawałem mu na pozycję.
Uważam też, że jako człowiek zawsze był bardzo komunikatywny. Wiedział, co to znaczy być kapitanem, kiedy przejął tę funkcję po Zydze Garłowskim. Rozumiał, jakie są bolączki każdego z zawodników. Nie był to indywidualista, ale działał kolektywnie.
Nie obawia się Pan, że ma jednak za mało doświadczenia z trenerką na takim poziomie?
Tadek jest na tyle poukładany i ma taką wiedzę, że nawet bez tej trenerskiej rutyny z zespołów ligowych, samym dojściem do zawodników poukłada wszystko sobie i stworzy dobry team.
Dlaczego my świetnie graliśmy? Tadek był przywódcą, a my tworzyliśmy kolektyw. Jak masz kolektyw, to masz dobrą atmosferę, a wtedy są wyniki. Tu pomagają na przykład takie spotkania integracyjne.
Możesz mieć nawet 2-3 indywidualistów, a wiadomo, że my takich mieliśmy: ja, Tadek, Kali czy Władek Żmuda. Był okres, że i nam nie wychodziło. Kiedy jednak zcementowaliśmy się, zaczęliśmy tworzyć grupę, wszystko bardziej nam szło. Tadek potrafi tak zrobić i życzę mu z całego serca, aby mu się udało.
Najważniejsze, że jest nowy trener i jest to człowiek stąd, związany z Wrocławiem. Z czasem on będzie dążył do tego, że będzie grało więcej naszych zawodników z regionu.
O jego powrocie do WKS-u mówiło się już od dawna.
Wiedziałem, że prędzej czy później Tadek będzie chciał wrócić do Śląska. Już przed pierwszą nominacją Ryszarda Tarasiewicza miał zostać tu trenerem. Sam do mnie wysłał sygnał. Przyjechał do mnie pod dom i zapytał, czy będę mu pomagał. Oczywiście powiedziałem, że tak, ale jak się okazało na drugi dzień, jednak Rysiu przejął drużynę.
Ja się wtedy trochę załamałem. Zostałem odsunięty od zespołu. Ale uważam, że to też była dobra decyzja, bo to byli swoi ludzie.
Wracamy do czasów, kiedy przypomina się tych ludzi, którzy coś zrobili dla Wrocławia i dobrej piłki w tym mieście.
Wiadomo, że ostatnio Śląsk też osiągał sukcesy, zdobył mistrzostwo, wicemistrzostwo, grał w europejskich pucharach. Ale brakuje jeszcze Pucharu Polski, czego życzę obecnej drużynie. Pamiętam, jak Sebastian Mila powiedział, że zrobili więcej jak poprzednicy. Trochę mnie to zabolało, bo tego pucharu przecież nie mają.
W meczu z Cracovią było już widać rękę nowego trenera?
Na pewno. Pierwszy mecz pokazał, że przestawił trochę skład. Miał też do dyspozycji nowych zawodników. Duży wpływ miało też to, że dzięki temu mógł manewrować więcej. Widać było większe zaangażowanie, lepiej zaczęła funkcjonować obrona. Piłkarze, którzy czasami w poprzednich meczach nie wkładali wiele wysiłku, tu zaczęli jednak grać całkiem inaczej. Trzeba jednak czasu. Nie można po pierwszym meczu mówić, że już coś zrobił.
Brakuje człowieka, który wykonywał stałe fragmenty. Mówię tu o Mili. W Krakowie było bardzo dużo sytuacji, które można było wykorzystać, a nie potrafiliśmy tego zrobić. Były rzuty wolne z takich miejsc, z których dużo by stworzył Milowy. On zawsze będzie potrzebny zespołowi.
Jak Pan odebrał decyzję o zabraniu Mili opaski kapitańskiej?
Powiem szczerze, że jak się nigdy w takie sprawy nie angażowałem. Mnie nie interesowało, kto co robi czy kogo tam zmieniają. Taka jest kolej rzeczy, Przychodzi nowy trener i on decyduje o tym, kto ma grać, kto siąść na ławce, a kto przejść do rezerw. I on za to odpowiada. Na razie mu wyszło i chwała mu za to. A co będzie dalej, okaże się.
Pawłowski sobie Milę ustawi czy będzie iskrzyło między nimi?
Tadek jest na tyle inteligentny i doświadczony, tyle lat grał, że będzie wiedział, co zrobić. Mila też jest obyty w tych sprawach. Jest zawodnikiem, który rozumie, co trzeba w tym sporcie zrobić, żeby dojść do formy. Wiadomo, że po tej jesiennej kontuzji nie był w takiej dyspozycji, w jakiej powinien być. Myślę, że przepracuje ten okres, jaki mu narzuci Tadziu i wskoczy szybko w zespół.
Stanislav Levy to zły szkoleniowiec czy dobry, któremu coś nie poszło?
Ja nie byłem przy zespole, nie obserwowałem tego z bliska. Z mojego punktu widzenia trafił na dobrą formę po Lenczyku, drużyna była wtedy dobrze przygotowana i trochę mu poszło. A później już się zagubił. Nigdy się w to nie bawiłem, ale uważam, że ta ostatnia zmiana mogła być wcześniej przeprowadzona. Zawsze, żeby dać szansę nowemu trenerowi, trzeba go zatrudnić przed zimą. To był błąd, bo już jesienią Levy nie wygrywał. Kiedy się nie wygrywa kilku meczów, trzeba szukać przyczyn u trenera. Albo źle współpracuje z zespołem albo źle go przygotował.
Czy z Legią Śląsk jest w stanie sprawić niespodziankę?
Oczywiście. Kiedyś były 4 zespoły nie do ogrania, a reszta chłopcy do bicia. Teraz z każdym można wygrać. Mecz meczowi jest nierówny. Zawsze uważałem, że u siebie powinno się wygrywać, na wyjeździe zrób punkt i jesteś w czubie tabeli. Teraz czeka nas Legia, ale trenera ma trudne zadanie, bo następne spotkanie gramy z Zagłębiem. Ma ciężko, ale jeśli będzie działał tak, jak już zaczyna, to stworzy dobry zespół.
W sezonie 1992/93 prowadziliście z trenerem Pawłowskim Śląsk. Kadrowo to nie była drużyna, która musiała spaść. Dlaczego tak sie skończyło?
Trudno mi na ten temat coś powiedzieć. Nie chciałbym wracać do tego. Jako asystent, pomocnik trenera też dużo nie miałem do powiedzenia. Moją rolą zawsze było poprowadzić trening, a jeśli chodzi o jakieś układowe sprawy, to nic nie wiem. Zespół nie powinien spaść, a że tak się stało... To był okres, o którym trzeba zapomnieć.