Podsumowanie sezonu: Obrona
Od kiedy Śląsk wrócił do ekstraklasy w 2008 roku, nie miał chyba tak słabej kadrowo obrony jak w ubiegłym sezonie. Teza kontrowersyjna? Nie do końca, bo o ile pierwszy garnitur w osobach Mariusza Pawelca, Adama Kokoszki czy nawet Rafała Grodzickiego dawał poczucie stabilności i na tle ligowej konkurencji wyglądał na markowy, to zdecydowanie zabrakło wartościowych zmienników, a niekiedy również jakości na bokach. Paradoksalnie, to właśnie teraz Śląsk zaliczył passę meczów bez straconego gola – drugą w historii występów naszego klubu w ekstraklasie. Paweł Zieliński – Mariusz Pawelec – Adam Kokoszka – Dudu Paraiba – tak naszym zdaniem wygląda najlepsza obrona sezonu 2013/2014, choć w tym ustawieniu ci piłkarze… nie zagrali ze sobą ani razu.
Trudno jednoznacznie ocenić sezon w wykonaniu piłkarzy Śląska. Przeżyliśmy rzecz jasna zawód, bo samo utrzymanie nikogo we Wrocławiu nie zadowala, ale wyraźną cezurę w losach klubu wyznacza przecież moment zmiany trenera – za okres pod wodzą Stanislava Levego wrocławianie zasłużyli na solidną burę, a za grę (a może przede wszystkim wyniki) u Tadeusza Pawłowskiego na rzęsiste brawa, czego ukoronowaniem był ostatni mecz z Koroną Kielce, wygrany aż 5:1. W przypadku żadnej formacji ta różnica nie była tak kolosalna, jak w obronie.

Pod opieką czeskiego szkoleniowca wrocławska defensywa monolitem nie była. Piłkarze popełniali błędy indywidualne, źle się ustawiali, generalnie szukali formy i znaleźć jej nie mogli. Nie pomogły też nietrafione decyzje kadrowe. Gdy na początku sezonu kontuzjowany był Grodzicki, powitano Odeda Gavisha. Izraelczyk w debiucie babola żadnego nie zrobił i Wisła wyjechała z Wrocławia bez gola. Ale potem przyszły spotkania z Sevillą, w których Gavish podarował rywalom po golu i na wyjeździe, i u siebie. Lepiej już miało nie być, bo obrońca, z którym klub rozwiązał we wtorek kontrakt, był wolny i kompletnie nie czuł piłki, dlatego pod presją zamiast do partnerów podawał do rywala. O ile ten mu nie uciekł, dobry był w jednym – grze bark w bark.

To Levy odpowiada też za zakontraktowanie pół roku później Juana Calahorro, człowieka, który zafundował nam horror w Bielsku-Białej. Tłumaczy go tylko jedno – strach przed brakiem środkowego obrońcy. Trzeba przyznać, że trafił się mecz, znów z Podbeskidziem, w którym za kartki pauzowali Kokoszka z Grodzickim i Calahorro musiał utworzyć parę stoperów z powracającym po kontuzji Mariuszem Pawelcem. O dziwo, Śląsk zagrał na zero z tyłu. To również Czech dał szansę we Wrocławiu swojemu krajanowi – Lubosowi Adamcowi. Ten 19-latek zagrał w pierwszym zespole sześć minut, co wystarczyło mu nawet, żeby wpisać się na listę strzelców (w lutowym meczu z Ruchem), ale nie po to ściągano go do WKS-u. Adamec w meczach rezerw nie przekonuje, wobec czego był nawet próbowany w napadzie, co raczej w rozwinięciu defensywnych umiejętności mu nie pomoże. W tej chwili leczy kontuzję, a później będzie miał jeszcze rok, żeby przekonać sztab szkoleniowy do swoich umiejętności. Chyba że podzieli los Gavisha, ale z racji młodego wieku pewnie dostanie drugą szansę.

Do grona piłkarzy, którzy znacznie obniżyli loty, należy zaliczyć Amira Spahicia i Tadeusza Sochę. Bośniak w 2009 roku zdał testy u Ryszarda Tarasiewicza i w pierwszym sezonie był wyróżniającą się postacią we wrocławskiej ekipie – mało tego, potrafił zagrać na środku defensywy, na lewej stronie, także w pomocy. Orest Lenczyk już tak odważnie na niego nie stawiał, a że pojawiły się też problemy zdrowotne, Spahić formy już nie odnalazł. W tym sezonie zaliczył w lidze raptem trzy epizody i w listopadzie rozwiązano z nim kontrakt. Smutna jest historia wychowanka Śląska, Tadeusza Sochy. Niegdyś był młodzieżowym reprezentantem Polski, a w klubie grywał dosyć regularnie. Tymczasem teraz w hierarchii prawych obrońców jest wręcz czwarty (nawet po Pawelcu) – brak mu dynamiki, siły, a także – choć są eksperci, którzy sądzą inaczej – dobrego dośrodkowania. W rundzie jesiennej jeszcze trochę pograł, rywalizując raczej bez sukcesu z Krzysztofem Ostrowskim, ale od kiedy w klubie pojawił się młodszy o dwa lata Paweł Zieliński, a chwilę potem Tadeusz Pawłowski, z ławki się już nie podnosi, chyba że w rezerwach. To żadne odkrycie – Socha nie rozwinął się tak, jak można się było niegdyś spodziewać, i ekstraklasa to dla niego w tej chwili za wysokie progi, choć zdążył w niej rozegrać ponad 100 meczów. Kontrakt kończy mu się wraz z końcem tego roku, dlatego pod dużym znakiem zapytania należy postawić jego przyszłość w Śląsku.

Co innego Krzysztof Ostrowski. Rodowity wrocławianin kilka dni temu przedłużył ze Śląskiem kontrakt, choć pod koniec sezonu, w trakcie gier w grupie spadkowej, na boisku pojawiał się sporadycznie. Za to zawsze na prawej obronie, bo właśnie taką pozycję wymyślił dla niego trener Levy, a Pawłowski pod ten pomysł się podpiął. Daje to umiarkowany efekt, bo Ostry popełnia błędy w wyprowadzeniu piłki, brak mu odpowiedzialności, która powinna cechować obrońcę, a przy tym niespecjalnie korzysta ze swojego doświadczenia z gry w pomocy. Za to jego atutem są względnie niskie zarobki i jako uzupełnienie składu Krzysztof Ostrowski to dla klubu pożyteczne rozwiązanie.

Palmę pierwszeństwa wśród prawych obrońców przyznajemy Pawłowi Zielińskiemu. Śląsk zrobił świetny interes, pozyskując go ze Ślęzy za niewiele więcej od uścisku dłoni. W zamian dostał gracza pierwszej jedenastki. Zieliński potrzebował zaledwie kilku wiosennych spotkań (m.in. asysta z Ruchem), by przekonać sztab szkoleniowy, że przeskok z trzeciej ligi do ekstraklasy nie musi być skokiem na głęboką wodę. 23-latek pochodzący z Ząbkowic Śląskich gra bez strachu przed bardziej rozpoznawalnymi rywalami, nie wybija piłek po autach, tylko szuka partnerów i odważnie rusza do przodu, z rzadka się gubiąc. Nie ustrzegł się co prawda błędów w kryciu, choćby w meczach z Legią czy Górnikiem, kiedy to Śląsk tracił gole i trzy punkty w ostatnich minutach, ale to frycowe spowodowane zadyszką i tak było znikome wobec dobrej gry Pawła w minionym i – miejmy nadzieję – przyszłym sezonie.

Po lewej stronie suwerenem był Dudu Paraiba. Na początku sezonu Brazylijczyka, zaangażowanego w mecze pucharowe, zastępował Amir Spahić, czasami z konieczności grał tam Krzysztof Ostrowski i oby ten wariant nie był ponawiany, bo to nie jego flanka. Zaskakujące, że w ogóle nie występował na tej pozycji Mariusz Pawelec, niegdyś etatowy lewy defensor. Dudu w pierwszym sezonie w Śląsku potwierdził i swoje zalety, i wady. Dwucyfrowy wynik w punktacji kanadyjskiej (gole + asysty) pokazuje, jak dobrze radził sobie w ofensywie, ale pod własną bramką było już gorzej, zwłaszcza w ustawieniu. Dwukrotnie Dudu osłabiał też zespół w wyniku zbyt agresywnych ataków (na wyjazdach z Sevillą i Zagłębiem). Przez lata mieliśmy na lewej stronie solidnego gracza od odbierania piłek i przerywania akcji, ale kompletnie bez drygu do gry ofensywnej. Należy powiedzieć, może trochę na wyrost, bo Dudu potrafi też swoje w tyłach zrobić, że sytuacja się odwróciła.

Adam Kokoszka był następcą Dariusza Pietrasiaka i Tomasza Jodłowca. Był, bo skończył mu się kontrakt, a nowy podpisał w Izraelu. Dlaczego akurat wspomniałem o tej dwójce? Ponieważ jako stoper, podobnie jak oni, świetnie wprowadzał piłkę go gry, nie bał się podawania po ziemi do pomocników, dobrze się ustawiał i dyrygował całą defensywą. Przy tym stylu gry, czasami na granicy ryzyka, zanotował w przekroju sezonu kilka nieudanych podań, które stwarzały zagrożenie pod własną bramką, ale mimo to środkowych obrońców o takiej właśnie charakterystyce potrzebuje każdy klub. Niestety, w Śląsku ich w tej chwili brakuje. Mariusz Pawelec i Rafał Grodzicki to jednak trochę inni piłkarze i jeśli ta dwójka będzie w przyszłych rozgrywkach tworzyć parę stoperów, jakość gry, jeśli chodzi o budowanie akcji, spadnie.
Trzeba jednak oddać Pawelcowi, że jesienią miał najlepszy okres w karierze. Niegdyś w cieniu Celebana, Fojuta, Pietrasiaka czy Spahicia, wybił się na najskuteczniejszego obrońcę zespołu, który wielokrotnie swoimi odbiorami, wślizgami, świetnym ustawianiem się ratował skórę pozostałym kolegom. Kokoszka był dostojnym królem defensywy, a Pawelec walecznym rycerzem u jego boku. Pod koniec jesieni, gdy do gry wrócił Grodzicki, a Levy nie ufał ani Sosze, ani Ostrowskiemu, odgrywał też rolę prawego obrońcy. Wiosną pauzował ze względu na długotrwałą rehabilitację po kontuzji, potem wracał do formy, a gdy była potrzeba, zagrał w dwóch meczach od początku. I nie zawiódł. Pawelec w formie z jesieni będzie, zwłaszcza po odejściu Kokoszki, bardzo potrzebny.

Nie ma wątpliwości, że klub musi znaleźć kolejnego środkowego obrońcę, bo dwójką Rafał Grodzicki – Mariusz Pawelec nie można rozegrać 37 meczów ekstraklasy oraz kilku w Pucharze Polski. Kilka ciepłych słów trzeba jednak napisać o tym pierwszym. Gdy przychodził do Śląska, jako wicemistrz Polski i kapitan Ruchu, spodziewano się od niego więcej. WKS zdobył brązowy medal, ale Grodzicki do jego wywalczenia się nie przyczynił. W nowym sezonie miał być lepszy, lecz w ostatnim sparingu doznał kontuzji i do treningów wrócił pod koniec sierpnia, gdy coraz lepiej rozumieli się Kokoszka z Pawelcem. Regularnie zaczął grać dopiero w listopadzie, ale to wiosną, gdy drużynę przejął Tadeusz Pawłowski, pokazał, że potrafi skutecznie bronić i komunikować się z Kokoszką. Szkoda, że tej pary zabraknie w kolejnym sezonie.