Podsumowanie sezonu: Bramkarze
Marian Kelemen zapisał się złotymi zgłoskami w historii Śląska – w trakcie 4,5-letniej gry we Wrocławiu zdobył trzy medale mistrzostw Polski, w tym ten najcenniejszy. Ostatni sezon nie był już tak udany, ale Słowak i tak pięknie się z klubem pożegnał – nie puścił gola w siedmiu ostatnich występach. W niemiłych okolicznościach z miasta wyjechał za to Rafał Gikiewicz. Latem niespodziewanie wygryzł ze składu konkurenta, lecz po październikowym meczu z Zawiszą wywołał w szatni awanturę, która oznaczała kres jego przygody z WKS-em. W swoim debiucie dobrze spisał się Wojciech Pawłowski, ale jego wypożyczenie z Udinese ma trwać jeszcze tylko pół roku.
W minionym sezonie bramkarze ani nie zawinili, że Śląska zabrakło w grupie mistrzowskiej, ani nie uratowali go przed spadkiem. Każdy z nich notował co prawda fenomenalne interwencje, nawet Pawłowski w 90-minutowym występie, ale generalnie bywało tak, że co miało wpaść do bramki, to wpadało, a co powinno być wybronione, było łapane. Przy tym trzeba zaznaczyć, że Rafał Gikiewicz w Lidze Europy wpuścił kilka baboli, a przynajmniej takich goli, przy których powinien zachować się lepiej.
Błąd pośrednio przyczynił się też do jego odejścia. Jest taka środowiskowa opinia, która do Gikiewicza idealnie pasuje: największymi wariatami są na boisku lewoskrzydłowi i bramkarze. Na kwadrans przed końcem meczu z Zawiszą były już zawodnik Śląska nie porozumiał się z Mariuszem Pawelcem, co wykorzystał rywal, strzelając zwycięskiego gola. Bramkarz nie mógł tego przeboleć i jego wybuchowy charakter się uaktywnił, co ponoć skończyło się bluzgami na kolegów, a nawet rękoczynami. Cała sytuacja sprawiła, że Gikiewicz stracił zaufanie wszystkich dookoła i rozwiązał kontrakt. Potem trafił do spadkowicza z 1.Bundesligi – Eintrachtu Brunszwik.
Jakim bramkarzem był Gikiewicz? Chimerycznym, czyli takim, jak bywają wariaci. Potrafił bronić fantastycznie, jak w transie, by nagle stracić koncentrację i zatrzeć dobre wrażenie. Pamiętam doskonale, jak uratował drużynie bezbramkowy remis w meczu z Wisłą. WKS nacierał, lecz był nieskuteczny, goście wyszli z kontrą, która skończyłaby się golem, gdyby nie refleks piłkarza rodem z Olsztyna. Cztery dni później w Brugii przepuścił strzał w krótki róg Rafaelova, niedługo potem przed kompletem widzów z dystansu zaskoczył go Rakitić, aż w końcu podał piłkę pod nogi Carlosa Bacci. Rafał Gikiewicz zagrał w sezonie 2013/2014 18 spotkań, jeden skończył w 4 minucie po otrzymaniu czerwonej kartki.
Marian Kelemen do bramki po raz pierwszy wszedł w ósmej kolejce, gdy Śląsk mierzył się na wyjeździe z Pogonią. Dlaczego dopiero wtedy? Pamięcią trzeba by wrócić kilka miesięcy wstecz – Słowak doznał kontuzji, a zastępujący go Gikiewicz spisywał się na tyle dobrze, że mimo powrotu konkurenta do zdrowia, miejsca między słupkami do końca rozgrywek 2012/2013 już nie oddał. Z kolei w przerwie letniej głośno mówił, że roli rezerwowego już nie zaakceptuje. Trudno dziś wskazać, co stało za decyzją Stanislava Levego (i Tomasza Hryńczuka), ale to właśnie Gikiewicz zagrał w pierwszym meczu nowego sezonu – z Rudarem Pljevlja - i w kolejnych. Zapewne prezentował się po prostu lepiej na treningach, bo mówiło się też, że Kelemen jest bez formy.
I mecz z Pogonią tej tezie nie zaprzeczył. Słowak zagrał z konieczności, puścił dwa gole, niczego groźnego nie wybronił, a Śląsk szczęśliwie zremisował 2:2. Potem na ponad miesiąc znów usiadł na ławce, aż w końcu Gikiewicz sam się wykluczył z gry, dostając czerwoną kartkę na początku meczu z Cracovią. WKS z Kelemenem w bramce przegrał dwa spotkania (jeszcze z Legią) i po karencji Gikiewicz wrócił do pierwszej jedenastki. Był początek października, wydawało się Polak ma tak mocną pozycję, że spokojnie będzie bronił do grudnia, a może i dłużej. Bronił jeszcze trzy tygodnie – mecz z Zawiszą był jego ostatnim. Za to Kelemen od teraz bronił pewnie, z wyjątkiem potyczki w Białymstoku, gdy piłka po strzale Dawida Plizgi prześlizgnęła mu się po rękawicach.
Przed rundą wiosenną Kelemen wygrał rywalizację z Wojciechem Pawłowskim i znów stał się centralną postacią zespołu. W spotkaniach z Lechem i Ruchem – jeszcze za Levego – stracił 5 goli, ale od momentu przyjścia nowego trenera poprawiła się gra defensywna całego zespołu, więc wkrótce i Kelemen mógł zacząć swoją serię bez straconego gola. Bronił dobrze, dalej jednak szwankowała u niego gra na przedpolu – bez konsekwencji.
W meczu kończącym sezon – z Koroną Kielce – swojej szansy doczekał się Wojciech Pawłowski. W pierwszej połowie był bezrobotny (swojaka wbił mu kolega z drużyny Paweł Zieliński), w drugiej trzykrotnie ratował zespół. 21-latek kipiał energią, był królem pola karnego i nie dał sobie w kaszę dmuchać. Słowem – piłkarski wariat, ale już wiemy, że to nie musi być atut. Mimo udanego debiutu z oceną pochodzącego z Koszalina piłkarza należy się wstrzymać – jeden mecz w Śląsku oraz kilkanaście w Lechii, rozegranych dwa lata temu, to za mało, by ferować wyroki, choć skauci Udinese na swojej robocie się przecież znają.
Wiadomo już, że Kelemen kontraktu nie przedłuży. WKS na pozycji bramkarza ma w tej chwili tylko wypożyczonego do grudnia Pawłowskiego oraz reprezentanta Polski U-18 Jakuba Wrąbla, do tej pory grającego w rezerwach. To oznacza jedno – w trakcie najbliższych tygodni do Wrocławia musi trafić kolejny bramkarz.
