Chłodnym okiem: Mamy trenera
Chcemy trenera – skandowali kibice Lechii po porażce na własnym stadionie z Pogonią Szczecin. O zwolnieniu Joaquima Machado, którego władze klubu wyciągnęły przed sezonem z kapelusza, spekulowało się prawie od miesiąca. Od niedawna w gdańskich gabinetach czekano już tylko na pretekst. Takim okazał się gol Marcina Robaka, na którego rozbita Lechia nie potrafiła odpowiedzieć. Żądanie fanów zostanie więc spełnione, tyle że nazwisko nowego opiekuna biało-zielonych pozostaje niewiadomą. Ich ciekawość zostanie zaspokojona w ciągu kilkudziesięciu godzin. Z polskich szkoleniowców – po fiasku rozmów z Waldemarem Fornalikiem i Dariuszem Kubickim – pod uwagę brany jest Tomasz Hajto. Jednak w kuluarach mówi się, że bliższa realizacji jest opcja zagraniczna, choć raczej nie chodzi o Huuba Stevensa, o którym przed dwoma tygodniami spekulowała prasa.
Jakakolwiek decyzja zostanie podjęta, od razu zaczną się dywagacje na temat kompetencji nowego opiekuna i szans na sukces pod jego wodzą. Tyle że przed upływem przynajmniej kilku tygodni, a wręcz pół roku, niczego sensownego powiedzieć nie można. Wybór trenera, zwłaszcza w polskich klubach, to przecież nie otwarty konkurs, w którym podstawowym kryterium jest jakość kandydata. Ważne jest kogo znasz, kto cię polecił, czy dasz się urobić i jak urabiasz innych, jaki masz paszport, czy miałeś kontakt – przypadkowy lub nie – z wielką piłką, a także – last but not least – ile chcesz dostawać. To ostatnie było ponoć powodem zerwania przez Lechię rozmów z byłym selekcjonerem Fornalikiem. Warto też cofnąć się w czasie, by zobaczyć, jak trenerów wybierano we Wrocławiu. Wiemy na pewno, że szefowie Śląska nie przykładają wagi do schludności, biorąc pod uwagę chociażby to, jak w swoim debiucie w Bielsku-Białej prezentował się Stanislav Levy, wyciągnięty jak królik prosto z Albanii. Półtora roku później zarządzających WKS-em nie interesowało doświadczenie kandydata, skoro zatrudnili Tadeusza Pawłowskiego – nie jednego z tych młodych zdolnych, na których jest moda, tylko 60-latka szkolącego gdzieś w Austrii młodzież, od wielu lat bez kontaktu z senatorską piłką.
Mimo to wyciągnięty z kapelusza Pawłowski okazał się trafnym wyborem. Potrzebował pół roku pracy w Śląsku, by zyskać uznanie i wiele pochlebnych opinii – nie tylko we Wrocławiu, ale w całej Polsce. Zresztą nie o czyjeś zdanie tu chodzi – wystarczy spojrzeć na statystyki. Od kiedy Pawłowski zasiadł na ławce WKS-u, lepiej w lidze punktuje tylko Legia. Wrocławianie przegrali w tym czasie czterokrotnie, tyle samo co zespół Henninga Berga. A żeby objąć swoje stanowisko, nasz trener nie musiał brylować w mediach, jeździć na zagraniczne staże po klubach-gigantach ani pobierać nauki w innych zespołach, nie mówiąc o osiąganiu sukcesów. Wystarczyło to, że był swój, że przez te lata, od kiedy odszedł ze Śląska – najpierw jako piłkarz, a później krótkotrwały trener – pozostał blisko klubu, blisko ludzi, którzy postanowili mu zaufać. Ale nie ma co słodzić działaczom. To, że mamy trenera pełną gębą, to po prostu przypadek, decydenci podejmowali ryzyko, a dziś razem z fanami zacierają ręce. Ciekawe, czym przy wyborze trenera będą kierować się właściciele Lechii i jakie nastroje będą panować wiosną wśród kibiców biało-zielonych.