Tadeusz Pawłowski: Żałuję, że nie odszedłem razem ze swoim sztabem
Czy 22 miesiące pracy w Śląsku można nazwać sukcesem? Jaki wpływ miały na nią zawirowania wokół sprzedaży akcji klubu? Co jest największym grzechem polskiego piłkarza? I dlaczego akademie piłkarskie mamy tylko z nazw? O tym wszystkim w wywiadzie dla ŚLĄSKnetu opowiada Tadeusz Pawłowski.
Dokładnie rok temu odebrał pan tytuł Trenera Roku. Śląsk, wicelider i jedna z rewelacji ekstraklasy, przygotowywał się do pucharowego starcia z Legią Warszawa. Kto by wówczas przewidział, że w 2015 roku czeka pana taki przejazd rollercoasterem?
Mimo różnych potknięć i wielu remisów odnieśliśmy sukces – zakwalifikowaliśmy się do europejskich pucharów. Uważam, że w tych rozgrywkach nie przynieśliśmy wstydu. Rozegraliśmy dobre mecze, a na więcej po prostu nie było nas stać. Pamiętajmy, kiedy dopiero dołączyli do nas nowi zawodnicy. Oczywiście, ten ostatni okres nie był dobry. Z drugiej strony, jeśli przechodzimy wspaniały czas: ratuję Śląsk przed spadkiem, tworzy się Twierdza Wrocław, kwalifikuję się do pucharów, do tego zostaję wybrany Trenerem Roku, to spokojnie moglibyśmy razem przejść przez te trudniejsze momenty.
Nie wiem, skąd się nagle znalazły pieniądze na transfery, za mnie ich nie było. Miesięcznie zaczęliśmy oszczędzać 600 000 złotych, bo takie mieliśmy kominy płacowe. Ale okej, może w tej chwili budżet ma się lepiej, nie chcę w to wnikać. Sądzę jednak, że gdybym dysponował takim zespołem jak dziś, to dalej odnosiłbym sukcesy ze Śląskiem. Proszę nie zapominać, że byłem najdłużej pracującym trenerem w ekstraklasie, co także należy traktować jako osiągnięcie.
Przez ten rok mierzył się pan ze sporą krytyką. Dla tych samych dziennikarzy i kibiców, którzy zachwalali pana warsztat, dziś jest pan co najwyżej przeciętnym trenerem. Te głosy jakoś pana zmieniły? Może inaczej patrzy pan na to całe środowisko?
Nie, ten rok tylko mi potwierdził to, co już wcześniej myślałem. W Polsce lubi się, jak komuś dzieje się krzywda, jak ktoś dostanie w dupę czy spadnie na niego nieszczęście. Wielu ludzi jest bardzo zazdrosnych. To dla mnie żadna niespodzianka. Proszę w ogóle zobaczyć, jak mnie przyjęto w kraju. Mówiono: „Trener od dzieci”, „Misiu”. Poprzez swoją pracę pokazałem, że jestem dobrym trenerem, i tego się trzymam.
W tej chwili, mimo wielu różnych propozycji, staram się nie być już tak medialny. Rzadko udzielam wywiadów. Po prostu wykonuję swoją pracę. Miałem zespół, który było stać na zdominowanie przeciwnika. Nie boję się tego powiedzieć: pod moją wodzą Śląsk grał najlepszą piłkę w Polsce. Później zabrano nam pewność siebie, przyszła krytyka. Śmieję się z niektórych fachowców, którzy opowiadali w gazetach, że zastałem Śląsk świetny, a zostawiłem bardzo słaby. Oni nie mają żadnego pojęcia, ilu zawodników odeszło i z jakimi trudnościami się borykałem. Jak musieliśmy to wszystko łatać, by grać w Europie, Pucharze Polski i lidze. To potwierdziło tylko naszą mentalność. Ale żyję z tym dalej.
Z pewnością jest pan człowiekiem, który wniósł do polskiej piłki powiew optymizmu.
Dalej jestem pozytywną osobą. Wtedy byłem może bardziej spontaniczny, otwarty, lubiłem pożartować z dziennikarzami. Byłem sobą. Teraz muszę się trochę kryć, bo jak ktoś jest za luźny, pewny siebie, to nie zawsze jest dobrze odbierany. Myślę jednak, że w czasie mojej pracy bardzo pomogłem klubowi także medialnie.
Stał się pan chyba twarzą Śląska. Ale to także stanowi pewien problem, bo we Wrocławiu brakowało polskiego zawodnika, z którym dzieciaki mogłyby się utożsamiać. Obok pana na plakacie jest Celeban, ale nie oszukujmy się: to musi być gracz ofensywny.
Dokładnie. Każde dziecko na podwórku chce strzelać gole, nikt nie chce stać na bramce. Dlatego kiedyś ulubieńcami kibiców WKS-u byli Janusz Sybis, Tadeusz Pawłowski, Ryszard Tarasiewicz, a w ostatnich latach bracia Paixao. Podczas pobytu we Wrocławiu odwiedziłem wiele domów dziecka, szkół, szpitali, przyjmowaliśmy dzieci na treningach, cztery razy byłem też na spotkaniach w więzieniu. Również poza boiskiem tworzyłem dobry wizerunek klubu. Chciałbym, żeby dalej tak było.
Nie uważa pan, że poniekąd został pan zakładnikiem własnego sukcesu? Wyniki ponad stan, atrakcyjna gra, odbudowany Sebastian Mila. Chyba za dużo osób pomyślało, że co by się nie działo, jakoś pan sobie poradzi.
Powiem szczerze, że w pewnym sensie tak. Było za lekko, łatwo i przyjemnie. W sumie cały czas ktoś odchodził. A wiadomo, jak się wzmacnialiśmy: w ogóle nie robiąc transferów gotówkowych. Niektórzy sądzą, że dostałem zawodników, którzy byli na naszej liście. Może i byli, ale dopiero na piątym czy szóstym miejscu.
Nieprawdopodobne wydaje się zrozumienie, z jakim przyjmowano taką politykę transferową. To przecież normalne, że klub z ambicjami powinien kupować piłkarzy, a nie tylko ściągać ich za darmo i często po kontuzjach.
Nie jest łatwo zastąpić Milę, Marco Paixao czy Kaźmierczaka w dobrej formie. Tym bardziej bezgotówkowo. To nie będzie nigdy piłkarz tej samej klasy. W momencie, gdy odszedł Robert Pich, czara goryczy się przelała. Choć myślałem, że sobie poradzę. Cały czas w to wierzyłem! (śmiech). Było jednak coraz ciężej i się skończyło, jak się skończyło.
Wydawało się, zwłaszcza po pierwszym sezonie, że idealnie pasuje pan na trenera Śląska Wrocław. Czuje pan niedosyt, że nie udało się zrealizować żadnego długofalowego projektu?
Chciałem być tutaj jak najdłużej, ale rozstrzygają o tym inni ludzie. Na pewno miałem plan i wiele koncepcji na funkcjonowanie całego klubu. Ale przede wszystkim byłem trenerem pierwszego zespołu.
Jakie to były pomysły?
Na całym świecie, a szczególnie w ostatnich dwudziestu latach, dobry klub zawodowy ma rozwinięty skauting i akademię piłkarską. To jest w ogóle podstawa! Można stworzyć to również na miarę naszych możliwości. Taka akademia miałaby cztery czy pięć boisk, a tu i tak jestem skromny, bo normalnie powinno ich być ponad dziesięć. Do tego najlepsi, a nie najtańsi trenerzy. Łatwo zrobić krzywdę dziecku, jeśli nie posiada się wiedzy o sztuce prowadzenia treningu. Dobra akademia piłkarska powinna dysponować także osobnym budżetem. Żeby mogła „produkować” zawodników, potrzeba dziesięciu lat. Dopiero wtedy można przeanalizować całą pracę. U nas jednak brakuje cierpliwości. Jak w ekstraklasie przegrasz trzy mecze z rzędu, to możesz zacząć się trząść. Piszą wtedy: „To jego ostatni mecz”. Więc na razie akademie mamy tylko z nazw.

Porównując Śląsk w najlepszej formie do tego najsłabszego, z końca ubiegłego roku, w oczy rzuca się liczba rotacji, jakie pan stosował. Jesienią 2014 roku grała żelazna czternastka, natomiast w tym sezonie zdarzało się kilka meczów z rzędu w innym zestawieniu w środku pola. Dlaczego zrezygnował pan ze stabilności, choćby w tej jednej strefie?
Musieliśmy rotować, bo graliśmy na trzech frontach. To nie było łatwe do pogodzenia przy wąskiej kadrze, tym bardziej że piłkarze różnie to znosili. Flavio miał takie zdrowie, że grał praktycznie wszystko.
W pewnym momencie miał rozegranych więcej minut od Mariusza Pawełka.
Zgadza się. Gdy raz daliśmy im dwa tygodnie wolnego, absolutne maksimum, to badania wykazały, że Zieliński i Hołota prawie w ogóle się nie zregenerowali. Trudno było zatem wymagać od nich więcej i stąd te rotacje. Gdy pod koniec przyszedł dołek, szukaliśmy już tego optymalnego ustawienia. Analizowaliśmy mecze także poprzez pogramy typu InStat. Grajciar miał dla przykładu najwięcej strat. A chcieliśmy dominować, długo utrzymywać się przy piłce, zamiast biegać, aby ją odzyskać.
Może narzucał pan za duże obciążenia? Choć z drugiej strony na Zachodzie gra co trzy dni jest czymś zwyczajnym i to na zupełnie innej intensywności.
W większości klubów w Polsce zawodnicy negocjują obciążenia treningowe. To największy grzech polskiego piłkarza – jak jest ciężko, to źle, bo jest przemęczony. Na Zachodzie przygotowuje się pod tym względem już młodych graczy. Potem przede wszystkim nie buntują się, kiedy trenuje się więcej. Mam pewną satysfakcję, że żaden trener w ostatnich dziesięciu latach nie wprowadzał do składu tylu juniorów: Wrąbel, Idzik, Dankowski, Bartkowiak. Bardzo mnie to cieszy, ale jednocześnie mogę podpisać się pod tym, że ci zawodnicy teraz długo będą czekać na swoje szanse.
Był taki czas, w którym w Śląsku spiętrzyło się wiele problemów. Frekwencja nadal była niska, zniknęły bandy reklamowe, a także logo sponsora na koszulkach, miasto wciąż nie sprzedało akcji klubu. Jak taka atmosfera niepewności wpływała na codzienną pracę?
Odkąd pojawiłem się w klubie, już istniał temat zmian właścicielskich. Na pewno nie była to komfortowa sytuacja. Nie wiadomo, do kogo pójść, gdy ma się problem. W trakcie mojej kadencji długi były jednak spłacane i zawodnicy regularnie dostawali pensje. To wszystko szło w dobrym kierunku, ale wiązało się też z obniżeniem jakości zespołu. Tyle że doskonale dawaliśmy sobie z tym radę. Gdy ktoś odchodził, mówiło się: „Dobra, nie ma problemu!”. I szło dalej. Ale w pewnym momencie to się złamało, a wiadomo, kto ponosi konsekwencje.

Ostatnio zmiany wśród pracowników Śląska dokonały się na wielu płaszczyznach.
Jako człowiek neutralny, który dawno nie był w Polsce, zawsze miałem trochę inne spojrzenie. Przez cały czas swojej pracy powtarzałem w wywiadach: „Zróbmy coś razem dla Śląska. Zróbmy coś razem dla Wrocławia”. Nie byłem związany z żadną grupą polityczną. Cieszę się, że nigdy nie splamiłem się, by pójść do kogoś się podlizywać. Robiłem swoją robotę, miałem potknięcie, to mnie zwolniono. I tyle.
Powiedział pan niedawno, że zwolnienie pańskiego sztabu szkoleniowego to był dla pana początek końca.
To stało się nagle. Moim największym błędem było, że nie odszedłem razem z nimi. Myślałem, że będę umiał to wszystko naprawić i po pewnym czasie wrócą do pracy. Pracodawca ma prawo zwolnić pracownika. Tak samo jak zawodnik, któremu się kończy kontrakt, ma prawo rozmawiać z innym klubem. Jednak gdy ma się w klubie pracowników z najlepszym wykształceniem, trenera z licencją UEFA Pro, takiego fachowca od motoryki i z wielkim doświadczeniem w ekstraklasie jak Paweł Barylski, to trzeba starać się, by w klubie zostali. Uważam, że pierwszego trenera można pożegnać, ale ludzi z tak ogromną wiedzą i przywiązaniem do Śląska nie powinno się odtrącać. Do dziś tego żałuję. Nie potrafiłem ich obronić, bo to zostało mi narzucone.
Pojawiały się wtedy u pana myśli, że może to już za daleko zaszło i pan tego nie uratuje?
Nie, do końca wierzyłem, że to wyciągnę. Z mojej strony nie było nawet sekundy zawahania. Wiedziałem, że straciłem swoich ludzi, i to mnie gryzło. Później męczyło mnie, że sam nie złożyłem wypowiedzenia wraz z ich odejściem.
Odnoszę wrażenie, że mało kto przejmował się wówczas trenerem Kowalskim. Najpierw poproszono go o pomoc, a potem zwolniono bez słowa po pierwszym meczu, choć sama decyzja miała zapaść już wcześniej. Wydaje się, że powinien być lepiej potraktowany?
Uważam Grześka Kowalskiego za świetnego człowieka i fachowca. Uratował głowy wielu ludziom, biorąc na siebie winy w aferze korupcyjnej. Kiedy zaproponowano mu przejęcie pierwszego zespołu, odmówił. Powiedział, że to ja jestem pierwszym trenerem, on chce jedynie pomóc, a potem mam wrócić na stanowisko. Odsunięcie go od Śląska bez żadnych wyjaśnień było moim zdaniem, używając bardzo pięknych słów, nieeleganckie. Do końca życia będę go darzył wielkim szacunkiem i sympatią.
To prawda, że gdy przyszedł pan do Śląska, od razu chciał mieć w sztabie trenera Kowalskiego?
Tak. Grzesiek potrzebował trochę czasu, by do tego dojrzeć. Pojawiły się też głosy, że to niedobrze dla wizerunku klubu. Gdy wreszcie doszło do tego, że mogliśmy razem pracować, szybko zostało to zburzone.
Wracając do nieeleganckich zachowań. Dziś może to być nawet zabawne, ale de facto stracił pan pracę po meczu z Termaliką w Niecieczy (kliknij tutaj). Jednak w momencie, gdy pana zwalniano, przebywał pan na urlopie. I tu nasuwa się pytanie, co takiego pan wówczas zrobił?
No co ja mogłem w tej Niecieczy? (śmiech) Stało się i koniec. A co do tej sytuacji, to wszystko rozegrało się gdzieś w kuluarach. Sam do tego nie dochodziłem i nie chcę się w to bawić. Nie mam do nikogo żalu.
Ale niesmak chyba pozostał.
Nie jestem człowiekiem, który jakoś bardzo przejmuje się tym, co się wydarzyło. Gdybym miał się zamartwiać, to nie mógłbym być trenerem. Przecież na każdym treningu muszę tchnąć ducha w zespół. Powiedziałem kiedyś Pawłowi Barylskiemu coś takiego: „Pracowałem w wielu klubach i z każdym do dziś jestem w bardzo dobrych relacjach. Wszędzie mam otwartą furtkę. Gdy zwolnili mnie pierwszy raz jako trenera, strasznie to przeżyłem. W tej chwili biorę po prostu prysznic, zabieram torbę, resztę rzeczy i wychodzę”.
Rozmawiał Tomasz Szozda