Chłodnym okiem: Jednym gratulacje, innym…
Ekstraklasowy sezon 2015/2016 przeszedł do historii. Trwa czas podsumowań, w tym roku wyjątkowo krótki, bo nie dość, że jesteśmy w tym codwuletnim okresie, gdy odbędzie się wielki piłkarski turniej, to na dodatek tym razem nie zabraknie na nim biało-czerwonych. Gorączka więc rośnie, odliczamy tygodnie (już tylko trzy), słyszymy o kontuzji Pawła Wszołka, martwimy się o zdrowie pozostałych kadrowiczów, czekamy na decyzje Adama Nawałki i mecze kontrolne kadry, jeszcze wcześniej zostaną rozegrane finały krajowych pucharów, w tym niemieckim naprzeciwko siebie staną przecież Piszczek i Lewandowski, będzie też wisienka na torcie, czyli finał Ligi Mistrzów. Chciałbym jednak wrócić do początku, bo ani się obejrzymy, a dwa miesiące miną i znów najważniejsza stanie się rywalizacja w ekstraklasie, w której – całe szczęście – dziewiąty rok z rzędu nie zabraknie Śląska Wrocław.
Na początek więc gratulacje dla trenera Mariusza Rumaka, który okazał się skutecznym strażakiem, ale teraz musi pokazać, że potrafi być równie skuteczny w dłuższym okresie. Nie zależy to tylko od niego, ale też od władz klubu, faktem jest jednak, że trudny czas ułożenia drużyny na nowo dopiero przed nim. Rumak dał radę, przejął przecież zespół, gdy ten był niemal na dnie, ale umówmy się – czy drużyna z Pichem, Hołotą, Hateleyem, Celebanem, Morioką mogła spaść? Ze średnio rozgarniętym trenerem nie miała prawa. Zobaczymy, czy Rumak okaże się kimś więcej i ilu z tych ważnych zawodników będzie mógł nadal trenować w kolejnym sezonie.
Jeśli słowa pochwały kieruję do Rumaka, to nie może ich zabraknąć w kierunku Dariusza Wdowczyka, który uplasował się z Wisłą tuż przed Śląskiem i wygrał grupę spadkową. Przejmował on Białą Gwiazdę też w trudnym dla niej momencie, ale zrobił kilka efektownych wyników, otarł się o pierwszą ósemkę, a ostatecznie bez problemów obronił dla zespołu z Reymonta ligę. Takie tam teraz czasy, że Wisła, zamiast grać o mistrzostwo, chwalona jest za utrzymanie. Może z Wdowczykiem pójdzie im lepiej w następnych rozgrywkach.
Czy może zabraknąć gratulacji dla mistrza Polski? Nie, ale będą one bardzo umiarkowane. Legia była skazana na tytuł, bo już wcześniej w wielu aspektach wyprzedziła konkurencję. Czerczesow po prostu przybił stempel, weryfikacją dla Rosjanina będą puchary. Kciuk w górę trzeba wyciągnąć przy dwóch nazwiskach: Latal i Stokowiec. To są najwięksi wygrani tego sezonu. Gdzieś za nimi Piotr Nowak, któremu zabrakło po prostu czasu, ale na przyszłość pewnie ostrzą sobie w Gdańsku zęby, a także Czesław Michniewicz, z którego pochopnie zrezygnowano w Szczecinie przed kilkoma dniami, oraz Piotr Mandrysz, który dokonał niemożliwego z Niecieczą.
Ganić można przede wszystkim dwóch: Leszka Ojrzyńskiego i Roberta Podolińskiego. Najprościej jest krytykować tych, którzy przyczynili się do spadku zespołów, które trenowali. A przecież Tadeusz Pawłowski za słabe wyniki był zwalniany dwukrotnie, von Heesen w silnej Lechii okazał się nieporozumieniem, Skorża stoczył prawie na samo dno mistrza kraju, Probierz nie utrzymał poziomu, na który wzniósł się z Jagiellonią rok wcześniej. A jednak najbardziej jestem rozczarowany właśnie tą dwójką, bo noga im się powinęła nie pierwszy raz. A co najciekawsze – oni naprawdę potrafią robić wyniki, tylko tak jakoś na krótko. Wydawało się, że Ojrzyński opanował sytuację w Górniku i w grudniu wygrał, wręcz ośmieszył dwóch pucharowiczów – Piasta i Zagłębie. Zaszkodziła mu zima. Podoliński odwrotnie – dobrze przygotował zespół na wiosnę, ale nie zapanował nad nim, gdy z awansu do pierwszej ósemki wyszły nici. Wcześniej było podobnie, bo Cracovia za Podolińskiego i Podbeskidzie Ojrzyńskiego też momentami miały dobrą prasę i akceptowalne wyniki. Do czasu. Czy trenerzy dostaną kolejną szansę?