Sędzia na ofsajdzie: Mistrzowska partia Legii, ból głowy Śląska
Po niedzielnym nokaucie z Legią można zacytować Kamila Dankowskiego: po takim meczu ciężko coś powiedzieć. Faktycznie, może się wydawać, że w grze wrocławian do analizy jest niewiele (albo z drugiej strony prawie wszystko), jednak na pewno powstaje pytanie: dlaczego piłkarska Europa tak bardzo ucieka nie tylko Śląskowi, ale i reszcie ligi?
Trzy lata temu, również przy okazji meczu z Legią Warszawa, Dalibor Stevanović stwierdził, że nowoczesny futbol opiera się na pierwszych sekundach po stracie piłki: Pierwsze sekundy po zmianie posiadania piłki decydują, czy z tej akcji będzie zagrożenie czy nie. Musisz wiedzieć, jak reagować od razu po stracie i od razu po odzyskaniu. Można mieć różne zdania na temat gry Słoweńca w barwach WKS-u, ale akurat z jego opinią na temat współczesnej gry nie sposób się nie zgodzić. Wtedy Śląsk bronił mistrzostwa Polski, wiosną do będących liderem legionistów tracił siedem punktów, a ostatecznie zajął trzecie miejsce w lidze i latem we Wrocławiu mogliśmy oglądać pojedynki z tak uznanymi piłkarskimi firmami jak Brugia czy Sevilla. Co działo się od tej pory i w jakim momencie piłkarskiego rozwoju jest teraz Śląsk, a w jakim Legia – wszyscy wiemy. Piłkarze ze stolicy to, że rokrocznie ogrywają się w Europie i mają stały kontakt z nowoczesnym futbolem, przedwczoraj pokazali już w pierwszej akcji, kiedy po przejęciu piłki wykorzystali dezorganizację zielono-biało-czerwonych. Po tym jak piłka odskoczyła Madejowi i dopadł do niej Guilherme, szła już jak po sznurku przez Ofoe-Radovicia-Prijovicia-Ofoe i ostatecznie znowu Radovicia, który pewnie pokonał Kamenara technicznym strzałem na dalszy słupek. Można zachwycać się tą koronkową akcją, ale ja pozwolę sobie zapytać się: co wtedy robili nie tylko defensorzy, a cały zespół Śląska? Bo nowoczesny futbol cechuje się też tym, że zarówno w ataku, jak i w obronie, gra dziesięciu, a czasem nawet jedenastu zawodników (i nie trzeba być Pepem Guardiolą, wystarczy po prostu być kibicem, żeby zauważyć, że taka prawidłowość działa). Tak czy inaczej, odpowiadając na pytanie: piłkę kolejno odprowadzali (oczywiście wzrokiem) Riera, Kokoszka, Goncalves i Dwali, a kiedy Celeban i Dankowski zorientowali się, że robi się groźnie... było już za późno.
W tej akcji Legii, i zresztą nie tylko w tej, było coś jeszcze, co definiuje futbol na europejskim poziomie. Mianowicie popularna na zachodzie, mająca swoje korzenie w tiki-tace, gra na 1-2 kontakty. Przy bramce w dwudziestej trzeciej sekundzie meczu legioniści wymienili 5 podań i mieli tylko 7 kontaktów z piłką. Jeszcze szybciej rozklepali zielono-biało-czerwonych sześć minut później, kiedy strzelili trzeciego gola. Tam potrzebowali już jedynie 5 kontaktów w 3 podaniach. W tym miejscu na szczególną uwagę zasługuje ostatni pass Radovicia do Prijovicia, który pilnowany i przez Celebana, i przez Dwalego, wszedł pomiędzy stoperów Śląska jak po swoje, obrócił się, wybiegł na czystą pozycję i podciął piłkę. Wrocławianie z opanowaniem futbolówki mieli większe problemy (w pierwszych minutach szczególnie widać było, że krótką przerwę w treningach z powodu kontuzji miał dość dokładny do tej pory Augusto – Portugalczyk notował sporo prostych strat). Nie znaczy to jednak, że piłkarze Śląska w ogóle nie stworzyli sobie sytuacji. Co ciekawe, najlepszą okazję w pierwszych 45 minutach przyniosła im właśnie gra z pierwszej piłki – do Adama Kokoszki podawał Dwali, Kokos główką dograł Celebanowi w pole karne i gdyby ten dokładniej przymierzył z woleja, padłby dający jakiekolwiek nadzieje na odrobienie strat gol. Takich akcji było jednak za mało, a nawet kiedy już były, to bardziej z przypadku niż w wyniku wypracowanych automatyzmów. Trochę więcej zagrań z klepki oglądaliśmy po wejściu na boisko Ryoty Morioki, który w przerwie zmienił Sito Rierę i próbował na lewym skrzydle rozgrywać z Augusto i Alvarinho.
Tutaj na chwilę zostawmy sprawy stylu gry w europejskim futbolu i przenieśmy się już tylko na własne podwórko. A dokładniej, do kwestii wyborów personalnych w meczu z Legią. Sito Riera, który w Poznaniu w duecie z Morioką był jednym z wyróżniających się piłkarzy, w niedzielę osamotniony zanotował mocno anonimowy występ. Pomijając to, że prawie w ogóle nie wracał do defensywy (a kiedy raz wrócił, poślizgnął się i „setkę” miał Moulin), w ofensywie nie miał pomysłu na kreowanie akcji i bezczynnie stał albo tradycyjnie ciągnęło go na skrzydła. Jednak tam byli już Madej i Alvaro, natomiast w środkowej części boiska Hiszpan zostawiał puste przestrzenie, które wykorzystywali gracze Legii. Kompletnie nie istniała też jego współpraca z Mervo. Po jednym spotkaniu trudno ocenić, czy była to kwestia presji, czy może Riera na samodzielną grę w środku od pierwszych minut nie jest jeszcze, albo w ogóle, gotowy. Na pomeczowej konferencji Mariusz Rumak powiedział, że Moriokę trzymał na podmęczoną Legię. Może gdyby szkoleniowiec WKS-u miał szklaną kulę do przewidywania przyszłości, zdecydowałby się na wariant z derbów, gdy w roli jokera wystąpił równie szybki (pod warunkiem, że wchodzi z ławki) Alvarinho i Morioka wybiegłby w pierwszej jedenastce? Tego się już nie dowiemy. Co do gry w napadzie Bence Mervo, który po siedmiu meczach przerwy zastąpił w wyjściowym składzie Kamila Bilińskiego, nie mogę się odnieść, bo z powodu braku sytuacji wypracowanych przez zespół, zwyczajnie nie miał on ani czego zepsuć, ani czego ustrzelić. W niedzielę pewnie nie pomógłby nawet będący blisko trafienia w poprzednich dwóch spotkaniach Mariusz Idzik. Jednak brak nieźle spisującego się ostatnio 19-latka w kadrze meczowej był dla mnie zaskoczeniem. Nie tylko dlatego, że „do trzech razy sztuka” i w meczu z Legią być może w końcu zdobyłby bramkę, ale również dlatego, że w zremisowanym bezbramkowo spotkaniu w Warszawie trener Rumak nie bał się na niego postawić, a wtedy napastnik miał dużo mniej doświadczenia. Można podejrzewać, że o niedzielnym wyborze zadecydowała więc dyspozycja na treningach.
Osobną kwestią jest to, co zrobił Filipe Goncalves. Może najlepiej byłoby tę sytuację przemilczeć, ale myślę, że zostawienie tego bez komentarza byłoby głupotą równie dużą jak bezmyślny atak na nogi Radovicia w ostatnich sekundach meczu. Bo to, że Portugalczyk od pierwszych minut spotkania wyglądał tak, jakby zapomniał, że już skończyła mu się pauza za kartki, można jeszcze wybaczyć – w końcu w pierwszej połowie cały zespół został w szatni. Podobnie można wybaczyć samobója na 0:2 (chociaż prawdopodobnie właśnie ta główka dobiła Kamenara i Trójkolorowych). Ale osłabienie zespołu przed ważnymi meczami z Pogonią, Lechią i Arką, kiedy trzeba już zacząć liczyć punkty, żeby na wiosnę wylądować w pierwszej ósemce, jest dla mnie niezrozumiałe. I znowu: gdyby trener Rumak miał magiczną kulę, może w kwestii panowania nad gorącą głową pracowałby nie tylko z mającym siedem żółtych kartek Adamem Kokoszką, ale poważniej zająłby się również Goncalvesem? Teraz Kokoszka może być nazywany zawodnikiem spotkania, bo uniknął kolejnego „żółtka” i nie wyautował się z następnej kolejki (tak, w niedzielę tyle w zupełni wystarczyło, żeby zostać plusem meczu). Ale kiedy w końcu wypadnie, a nawet zdaniem trenera prędzej czy później stanie się to na pewno, WKS zostanie praktycznie bez defensywnego pomocnika. W odwodzie jest tylko Ostoja Stjepanović, którego forma stoi pod dużym znakiem zapytania oraz opcjonalnie Peter Grajciar i Mariusz Idzik, mający w swojej karierze dosłownie epizody na pozycji „szóstki”. W tym miejscu znowu wracamy do Europy, a raczej na jej obrzeża, bo takiej sytuacji przeważnie nie spotyka się w dobrze zorganizowanych klubach nie tyle z europejskiego topu, co chociażby z szeroko pojętej średniej. Z tak „krótką kołderką”, kiedy trener przez wiele tygodni ogrywa system 4-2-3-1, a potem w decydującym momentach sezonu nie ma kim grać, ciężko jest marzyć o sukcesach. Dobrze, że widzi to nowy dyrektor sportowy, Adam Matysek i zapowiada transfery na kilku newralgicznych pozycjach w zimowym oknie transferowym. Pozostaje nam mieć nadzieję, że byłemu bramkarzowi Śląska ta sztuka się uda. Ponieważ jeśli nie, to ryzykuję stwierdzenie, że po podziale punktów znowu przyjdzie nam emocjonować się meczami w strefie spadkowej.
Wracając do Legii. Po wejściu do fazy grupowej Ligi Mistrzów żartowano, że jest z nią tak, jak z Rowanem Atkinsonem w roli Jasia Fasoli – szykuje się trochę śmiechu i kpin, ale przynajmniej kasa będzie się zgadzać. Teraz już wiadomo, że oprócz niewyobrażalnych jak na polskie warunki bonusów finansowych i wymiany Besnika Hasiego na Jacka Magierę, legioniści zyskali w meczach z Borussią, Sportingiem i Realem cenną lekcję gry. I jeżeli po przebudzeniu się z mistrzowskiego snu w Europie tej lekcji nie zapomną, będą głównym faworytem w walce o kolejne mistrzostwo kraju.
Na koniec chciałabym jeszcze dodać: nie, nie zachwycam się Legią (w jej grze, nawet jak na ekstraklasowe warunki, jest kilka wad) i w niedzielę nie przyszłam na stadion, żeby zobaczyć uczestnika Champions League (może zabrzmi to naiwnie, ale wbrew większości opinii myślę, że całkiem spora część z 22 tysięcy kibiców również nie w tym celu pojawiła się na ostatnim meczu). Według mnie, poza oczywistym wspieraniem Śląska, warto było porównać, jak nasz zespół wygląda na tle takiego rywala i przeanalizować, co musimy poprawić. Zderzenie z europejskim futbolem, a raczej powiedzmy sobie szczerze, z jego namiastką, okazało się jednak bolesne. Dlatego może naprawdę będzie lepiej jeśli, wracając do wypowiedzi Kamila Dankowskiego, zwyczajnie zapomnimy o tej plamie, jaką było 0:4 i grając swoje za tydzień, spróbujemy wygrać z Pogonią? W końcu skoro uznawanym za ojców futbolu Anglikom tyle lat zajęło uczenie się, że „kopnij i biegnij” nie jest najlepszym sposobem gry, to pewnie nasza Ekstraklasa też jeszcze trochę tego czasu potrzebuje…