Zapowiedź meczu: Ocieplanie wizerunku a metody zastępcze
Już w sobotę spotkanie z Pogonią Szczecin. Po ostatnim meczu z Legią grono sympatyków Śląska raczej się nie powiększyło. Marzenia o czołowych lokatach zostały bowiem brutalnie zweryfikowane. Bezradność miesza się ze złością, bo trudno przyjąć do wiadomości, że być może kolejne dwa lata poczekamy, żeby wrocławski stadion wypełnił się tak jak przed paroma dniami.
Nie można na poważnie zakładać, że przy okazji meczu z Pogonią uda się powtórzyć przyzwoitą frekwencję z ostatniej niedzieli. Poprzednie spotkanie ze strony wrocławian to zaledwie jeden celny strzał oddany w kierunku bramki strzeżonej przez Arkadiusza Malarza. Fakt ten sporo mówi kibicom o potencjale piłkarskim ekipy z Wrocławia. Rozliczanie poszczególnych zawodników za ligową rywalizację z Legią nie ma większego sensu. Paradoksalnie na boisku spotkały się zespoły, które konsekwentnie od paru sezonów grają w innej lidze. Innymi słowy walczą po prostu o inne cele. Permanentny brak środków finansowych w dłuższej perspektywie zawsze owocuje sytuacją znaną m.in. z Kielc. Tam od lat konsekwentnie ćwiczony jest wariant, polegający na rozpaczliwiej walce do ostatnich kolejek miejscowej Korony, o utrzymanie w lidze.
O tym, że kluczowym elementem w układance jest posiadanie dobrej drużyny, wiedzą także nowy prezes oraz nowy dyrektor sportowy Śląska. Równocześnie zdają sobie też sprawę, że w tym momencie stoją przed bardzo trudnym zadaniem. Nieskrywanym celem jest przecież sprzedaż Śląska prywatnemu inwestorowi (zagranicznemu) po jak najlepszych warunkach. Jednocześnie ciężko stawiać poważne postulaty w prowadzonej transakcji (finalizacja przewidziana na wiosnę 2017), podczas gdy na trybunach zazwyczaj zasiada garstka widzów. Ponoć ma się to zmienić, ale dopiero od meczu z Arką. Na zorganizowanym parę dni temu spotkaniu prezesa Krzysztofa Hołuba z dziennikarzami na pewno nie powiało optymizmem. - Zdecydowanie sytuacja jest trudniejsza. Z mojego punktu widzenia jestem tutaj w o tyle niefortunnym dla mnie czasie, że muszę podejmować decyzje, na których się nie znam, to znaczy decyzje sportowe dotyczące kontraktów, transferów i to jest dla mnie spora niedogodność - przyznał ze szczerością Hołub.
Trudno zaakceptować fakt, że już na wstępie przekazana jest informacja o możliwości wystąpienia komplikacji przez niekompetencje. - W tej chwili jest tak mało pracowników, że trudno zebrać się i coś fajnego zrobić. Nie ukrywam, że jest to dla mnie zaskoczeniem, ale i problem - ocenił nowy prezes i na dokładkę dodał: - Oczywiście chciałbym żeby było i fajnie i bezpiecznie, bo ja nie wiem czy tak jest.
Szczerość to oczywiście dobra cecha, ale mimo wszystko można mieć poczucie, że tego typu wyznania nie wywołają specjalnego entuzjazmu wśród fanów WKS-u. Dokładnie tak jak deklaracja odnośnie przyszłych transferów: -Chcemy maksymalnie ograniczyć transfery gotówkowe. Z mojego punktu widzenia najlepiej, gdyby Inie było ich wcale - stwierdził nowy prezes. Tym samym raczej nie zachęcił mieszkańców do przyjścia na 40-tysięczny stadion na Maślicach. Można rzecz jasna przypudrować sytuację deklaracją o polepszeniu systemu sprzedaży biletów czy kreowaniem „nowego wizerunku” Śląska (co już dla niektórych brzmi kontrowersyjnie). Ale w praktyce tego typu pośrednie metody mają ograniczoną skuteczność i na dłuższą metę są niewystarczające. A na to, że kibice wolą obejrzeć bardziej Legię niż Bruk-Bet nie można się obrażać.
Swoją rolę do odegrania ma Adam Matysek. Zatrudniony od niedawna we Wrocławiu ma uruchomić swoje zachodnioeuropejskie kontakty. Ma to mieć bezpośrednie przełożenie na politykę transferową Śląska. Pozyskiwanie piłkarzy na preferencyjnych warunkach - którzy potrafią coś więcej niż przeciętny ligowiec - to jednak trudne rzemiosło. W dodatku transfery o takiej specyfice obciążone są ryzykiem pozyskania graczy, którzy w ogóle nie są gotowi do gry (czego zresztą ostatnio we wrocławskim klubie doświadczono). Hołuba oraz Matyska czeka już niebawem bardzo poważne wyzwanie. W przyszłym roku kontrakty kończą się Piotrowi Celebanowi, Adamowi Kokoszce, Kamilowi Bilińskiemu, Mariuszowi Pawełkowi, Dominikowi Budzyńskiemu oraz Pawłowi Zielińskiemu, Peterowi Grajciarowi, Mariuszowi Idzikowi, Kamilowi Dankowskiemu i Łukaszowi Madejowi. Wobec niepewnej sytuacji w klubie może się okazać, że niektórzy piłkarze zwyczajnie nie będą zainteresowani przedłużeniem umów. Zima przy ul. Oporowskiej zapowiada się zatem niezwykle pracowicie.
Przed przerwą w rozgrywkach pozostały jednak jeszcze trzy spotkania. Pierwsze z nich już w sobotę o godzinie 18.00 z Pogonią. Wrocławianie radzić sobie będą bez Filipe Gonçalvesa, który pauzuje trzy mecze za bezmyślny faul na Radoviciu. Co ciekawe, szczecinianie w przeciągu obecnego sezonu prezentują zbliżoną dyspozycję do zielono-biało-czerwonych. Początek sezonu w Szczecinie był nienajlepszy. Kiedy wydawało się, że misja trenera Kazimierza Moskala nie potrwa długo, drużyna z północy Polski nieoczekiwanie zaczęła odnosić dobre rezultaty. Co prawda, granatowo-bordowi w ostatniej kolejce ulegli Koronie aż 1-4, ale przedtem zanotowali świetną serię siedmiu meczów bez porażki. Duży wpływ na zespół naszych najbliższych rywali ma ich najlepszy strzelec Adam Frąszczak (5 goli). Mariusz Rumak i cały sztab szkoleniowy muszą zwrócić uwagę także na skrzydłowego Ádáma Gyurcsó. Węgier czterokrotnie trafiał do siatki w meczu z Wisłą Kraków. Nie zagra za to Bułgar Spas Delew, który zerwał więzadło w kolanie.
Warto odnotować, że Pogoń wygrała we wtorek w ćwierćfinale Pucharu Polski z drugoligową Puszczą Niepołomice (2-0) i o finał PP zagra z Lechem. W sobotę zaś na „Portowców” czeka wrocławski Śląsk. Jak przekonuje Kamil Biliński, mimo niełatwych okoliczności trzeba zacisnąć zęby i grać o pełną pulę. - Ani my, ani sztab nie panikujemy - ocenił 28-letni napastnik.