Stadionowe refleksje
O dopingu, frekwencji, nowych konsumentach futbolu i zagrożeniu życia podczas meczu Śląska z Wisłą. Dla wszystkich rozumiejących ironię. Zapraszam!
Sobotni, ciepły, październikowy wieczór. Warunki idealne do gry w piłkę. Idealne również do tego, by wspierać Śląsk głośnym dopingiem. Na sektorze B ścisk. Po przeciwnej stronie przyjezdni z Krakowa. Najlepszy moment na podsumowanie zmian układu sił w kibicowskim świecie, do których doszło ponad rok temu. Z tej okazji kibice WKS-u przygotowali sugestywną oprawę: sektorówkę z wymownym przekazem dla gości, którą uzupełniły race i machajki.
Piłkarsko całkiem niezłe widowisko. Śląsk zagrał wysoko, agresywnie, stwarzając dużo sytuacji. Wisła dobrze ustawiona w obronie uniemożliwiła oddawanie strzałów z dystansu, więc piłkarze WKS-u usiłowali wejść z piłką do bramki. Próby te zakończone fiaskiem wykorzystali goście i po jednej szybkiej akcji, właściwie z niczego, otworzyli wynik spotkania. Drugi gol dla podopiecznych Kiko Ramireza padł po rzucie karnym.
Niezrozumiała decyzja sędziego o podyktowaniu jedenastki, podjęta przy pomocy VAR-u, za którą zresztą arbiter oberwał (werbalnie) od widowni.
Doping na wysokim poziomie. Dobra akustyka sprawiła, że śpiew niósł się po całym stadionie. Była moc i ciarki na plecach. Udało się zrobić nawet „Szkocje”, ale bez pomocy spikera wątpliwe, by sąsiednie trybuny raczyły wstać. Poza tym prowadzenie dopingu przeplatane głosami młodych adeptów kibicowania, jak najbardziej na plus!
Frekwencja na meczu to ponad 20 tysięcy. Imponująco. Tylko ilu z tych ludzi zostanie na stałe? Ilu z nich będzie przychodzić, jak nadejdą - odpukać - gorsze czasy dla Śląska? Dobrze wiemy, że w sezonie bieżącym liczną grupę konsumentów przyciągnęły wyniki, poprawa jakości gry. Rok temu, gdy poziom sportowy nie był zadowalający, futbol we Wrocławiu, naturalnie poza tymi którzy są zawsze, nie obchodził prawie nikogo. I żadne akcje marketingowe, ani inne wysiłki klubu, nie pomogły - niestety, ale moda na chodzenie na mecze jest tu wyłącznie wypadkową sukcesu.
O ile przedmiotem zainteresowania nowych odbiorców zasiadających na trybunach wrocławskiego obiektu jest w ogóle Śląsk. Ci, którzy przybyli zobaczyć Lecha, Legię czy nomen omen inną Wisłę mogą równie dobrze udać się do miast, gdzie funkcjonują wyżej wymienione ośrodki piłkarskie, wsiąść w autokar, przybrać ichniejsze barwy i zająć miejsca na sektorze gości. Proste, nieprawdaż?
Inną kwestią jest tłumne opuszczanie stadionu na długo przed ostatnim gwizdkiem. Przepraszam, ale nie znoszę widoku widzów wychodzących w 70. minucie przy niekorzystnym rezultacie swojej drużyny. I nie tłumaczcie mi, proszę, że „późna godzina”, że „z dziećmi”, zresztą żadnych dzieci, spośród opuszczających pobliskie sektory, nie dostrzegłam. W teatrze wyjście ze spektaklu, w trakcie jego trwania, jest okazaniem kompletnego braku szacunku aktorom. Resztę w tej kwestii zinterpretujcie sobie sami.
Ponadto okazuje się, że na Stadionie Miejskim doszło do incydentów, w wyniku których zagrożone zostało zdrowie i życie. Jak podaje jeden z lokalnych tytułów prasowych w materiale nadesłanym przez poszkodowanego widza, z sektora gości rzucano różnymi przedmiotami w tym śmiercionośnym keczupem. Faktem jest, że goście coś tam dymili, czymś rzucali. Przykro mi, jeśli ktoś poczuł, że znalazł się w niebezpieczeństwie, ale nawoływanie do wpuszczenia policji na sektor jest, co najmniej niepoprawne. Nie sądzę, aby sam poszkodowany chciał kiedykolwiek dostać pałą po plecach i gazem po oczach, bowiem służby bezpieczeństwa nie patrzą kogo leją, traktują wszystkich tak samo, bez wyjątku. Piłka nożna była, jest i będzie dla kibiców, nawet tych niereformowalnych, szukających dodatkowych wrażeń, czy się to komuś podoba czy nie. Z drugiej strony mam nieodparte wrażenie, że zaprezentowane zdarzenie jest czystą prowokacją. Naturalnie nie musicie się ze mną zgadzać.