Legia - Śląsk: Na pewno nie będzie łatwo


Liga nie zwalnia tempa, nie doszliśmy jeszcze do siebie po druzgocącej porażce 0:3 z Cracovią, a przed Śląskiem kolejne trudne zadanie. Wrocławianie w meczu wyjazdowym zmierzą się z mistrzem kraju i jedynym aktualnym reprezentantem naszego futbolu w europejskich pucharach – Legią Warszawa. Biorąc pod uwagę potencjał obu zespołów, dla drużyny trenera Stanislava Levy’ego zdobycie chociażby jednego punktu będzie sukcesem. Pojedynek 10. kolejki Ekstraklasy odbędzie się o godzinie 20:30 w sobotę, transmisja w Polsacie Sport i Canale+ Sport.
To był smutny tydzień w stolicy Dolnego Śląska. Atmosfera we Wrocławiu zgęstniała wraz z oświadczeniem o chęci zgłoszenia upadłości klubu, który jeszcze niedawno był na samym szczycie. Chociaż chyba właśnie teraz wychodzi na jaw, że to nie klub był na szczycie, a zespół, czyli piłkarze i sztab trenerski. Podczas środowego spotkania, w minorowych nastrojach, na trybunach zasiadło zaledwie 7500 kibiców, co jest frekwencyjnym „rekordem”. Nigdy wcześniej trybuny pilczyckiego obiektu nie świeciły takimi pustkami. I miejmy nadzieję, że nigdy później nie będą.
To na pewno nie jest dobry czas dla Śląska. Brak pieniędzy i ciągłe odsyłanie testowanych piłkarzy sprawiło, że trener Levy musi umieć czarować. Czarować kibiców, zawodników i samego siebie, że ten zespół stać na coś więcej, niż balansowanie na granicy grupy mistrzowskiej i spadkowej. Czarować też w składzie, bo Tomasz Hołota na prawej pomocy grał chyba tylko na konsoli. Już spotkanie przeciwko Cracovii pokazało, że pomimo na pewno szczerych chęci, ta kilkunastoosobowa grupka piłkarzy nie jest w stanie podołać fizycznie graniu co trzy dni. I nie można się temu dziwić. Legia ma w swojej kadrze tylu zawodników, ilu Śląsk ma w dwóch drużynach występujących w różnych rozgrywkach. W perspektywie całego sezonu, z takim klubem nie da się podjąć wyrównanej rywalizacji.
Gdyby wrocławianie udali się z takim nastawieniem do stolicy, to przy Łazienkowskiej nie mieliby czego szukać. W głowach zawodników na pewno pozostała ostatnia dotkliwa przegrana na Pepsi Arena – w kończącym sezon meczu przegraliśmy tam aż 0:5 i była to symboliczna zmiana warty. Stary mistrz ukoronował nowego. Śląsk nadal ma oczywiście swoje atuty, ale mieć atuty, a umieć je wykorzystać, to dwie różne kwestie. Zawodzi przede wszystkim gra defensywna. Obrońcy nie są w stanie w pojedynkę zatrzymać akcji rywali, bo nie pomagają im w tym pomocnicy. Dalibor Stevanović i Przemysław Kaźmierczak nie dają ostatnio drużynie zbyt wiele. O ile do postawy Słoweńca się przyzwyczailiśmy, o tyle od „Kaza” oczekujemy znacznie więcej. W ostatnich trzech spotkaniach przeciwnicy Śląska – Lech Poznań, Ruch Chorzów i Cracovia – stworzyli sobie tyle okazji bramkowych, że tylko dzięki szczęściu i braku umiejętności napastników straciliśmy w tym meczach „tylko” cztery gole.
Śląsk mocno skomplikował sobie sytuację w tabeli. Wrocławianie szybko mogą znaleźć się w strefie spadkowej, bo przedostatnie Podbeskidzie traci do jedenastego WKS-u już tylko cztery punkty. Z kolei Legia pewnie zmierza do tytułu mistrza jesieni. Jagiellonia w poprzedniej kolejce postraszyła nieco graczy Jana Urbana, ale warszawianom udało się utrzymać wynik i zwyciężyć w Białymstoku 3:2. Kontuzji w tym meczu doznał Marek Saganowski, który w tej rundzie na boisko już nie wybiegnie. Ale spokojnie. W jego miejsce mogą zagrać Wladimer Dwaliszwili, Michał Kucharczyk lub Patryk Mikita. Czy ktoś we Wrocławiu jest przygotowany na kontuzję Marco Paixao? Chyba tylko doktor Wojciech Sznajder.
Nie zazdrościmy piłkarzom, bo gdybyśmy wiedzieli, że ŚLĄSKnet za chwilę może przestać istnieć, to bylibyśmy co najmniej zaniepokojeni. Sebastian Mila i spółka zapewniają jednak, że nie zabraknie im ambicji i walki o zwycięstwa. Liczymy na to, bo w pozostałych elementach piłkarskiego rzemiosła przewagi nad Legią raczej mieć nie będziemy.