Podsumowanie sezonu: Pomoc
Plac budowy – oto, czym była środkowa linia Śląska w zakończonych rozgrywkach. Jeszcze latem konstrukcja stała i trzymała się solidnie, ale wyjęcie z niej Waldemara Soboty oznaczało poważne wstrząsy. Wszystko runęło, gdy kontuzję odniósł Tomasz Hołota, a obnażony został Sebino Plaku. Tadeusz Pawłowski wznosi budowlę od nowa, ale potrwa to przynajmniej do początku kolejnego sezonu.
Waldemar Sobota przez długi czas pozostawał najlepszym asystentem w drużynie, choć od kilku miesięcy już go w niej nie było. Klub w ostatnich dniach okienka transferowego (sierpień 2013) zdecydował się sprzedać swojego skrzydłowego, nie mając w kadrze następcy nie tyle wartościowego, co jakiegokolwiek. Z bocznych pomocników pozostali Sylwester Patejuk i Sebino Plaku, lecz obaj czują się przecież lepiej po drugiej stronie boiska. Stanislav Levy i Tadeusz Pawłowski prawego pomocnika szukali dosłownie przez cały sezon. Rolę tę odgrywali prawi obrońcy (Socha, Dankowski, Zieliński), defensywni pomocnicy (Hołota, Droppa) oraz zawodnicy ofensywni, ale radzący sobie lepiej w środku pola (Machaj, Flavio Paixao i Mila). Te ruchy były krzykiem rozpaczy, choć niektóre z nich na krótką metę przynosiły umiarkowanie dobre efekty – Zieliński z Ruchem asystował, Hołota z Lechem trafił do siatki.

Sebastian Mila to osobna historia. Przestawienie byłego kapitana na prawy bok było na pewno dezorientujące dla rywali, pozwalało mu ścinać z piłką do środka, by uderzyć z dystansu lub posłać w swoim stylu prostopadłą piłkę. Tyle że brak szybkości oraz słaba prawa noga (niech nikogo nie zmylą dwa efektowne gole strzelone tą kończyną w poprzednich latach – z Legią i Polonią) sprawiają, że to wariant zastępczy. Pytanie, na jak długo. Jeśli WKS latem nie sprowadzi na prawą flankę dynamicznego skrzydłowego, rozwiązanie z Milą na tej pozycji może być najlepsze, zwłaszcza że Flavio wyglądał z boku bezbarwnie.
Przy stratach, jakich po zakończeniu sezonu doświadcza Śląsk na skutek wygasających kontraktów, każdy zawodnik o niepoślednich umiejętnościach będzie na wagę złota. Nie może dojść do zaniedbań, w wyniku których gracz pierwszej jedenastki, taki nie do zastąpienia, fizycznie nie jest gotowy do gry. A takich dopuścił się Sebastian Mila. Zdaje się, że piłkarz zrozumiał swój błąd, a duża w tym zasługa Tadeusza Pawłowskiego. Obecny trener pokazał klasę, w twardy sposób stawiając podopiecznego do pionu, a jednocześnie nie popadając z nim w konflikt. A co powiedzieć o trenerze, który dopuścił do takiego rozprężenia, wystawiał Milę do gry, a więc wszystko tolerując? Najlepiej zamilczeć.
Załóżmy, że sezon zaczyna się jutro. Pich – Droppa (Hateley) – Hołota – Flavio – Mila (Machaj) – tak moim zdaniem wygląda na tę chwilę optymalna linia pomocy Śląska. Jeśli kogoś razi obecność w niej jakiegoś nazwiska, to niech zaproponuje inne rozwiązanie (poza tymi w nawiasach), pamiętając, jak wąską kadrą dysponuje klub. Pora na moje uzasadnienie.

Robert Pich zbierał słabe oceny. Z piłkarzy, którzy trafili do Śląska już w trakcie rundy wiosennej, grał najmniej, nie licząc Calahorro, ale problem leżał nie w umiejętnościach Słowaka, ale w braku formy i zrozumienia z partnerami. Po tym, jak biega, prowadzi piłkę, przyjmuje ją, drybluje, widać, że to gracz nietuzinkowy. Skoro statystyki mówią, że w swojej rodzimej lidze strzelał gole i asystował, to znaczy, że potrafi być skuteczny i celnie podawać. Przekonamy się o tym po okresie przygotowawczym.

Lukas Droppa czekał na swoją szansę dłużej niż reszta zawodników zakontraktowanych w lutym, bo fizycznie wyglądał najgorzej z nich. Ale kiedy już zagrał, pokazał, na czym polega dobry odbiór, twarda gra blisko rywala i ruchliwość, której w środkowej strefie Śląskowi od dawna brakowało. Sytuacja jak u Picha – po przepracowanym lecie może to być gracz do pierwszej jedenastki.
Wypaść z niej może Tom Hateley. Anglik pracował z drużyną podczas obozów i wiosną grał w podstawowym składzie regularnie. Mimo to nie zachwycił. Ot, solidny przecinak, nie popełnia większych błędów, lecz bywa spóźniony, bo brak mu dynamiki, nie jest w stanie niczego dać od siebie w rozegraniu. Ma dobrze ułożoną prawą nogę, ale w zespole jest kilku innych specjalistów od stałych fragmentów gry.

Na kolejny sezon do pełni formy powinien wrócić Tomasz Hołota. Ze względu na sporą konkurencję w środku pola (Kaźmierczak sprzed kontuzji) oraz braki na innych pozycjach jesienią bywał zapchajdziurą, ale i tak zdążył udowodnić swoją przydatność do drużyny. W parze z Droppą nie mieli jeszcze okazji zagrać, a taka para pomocników może stanowić zaporę nie do sforsowania. Do tego Hołota nie jest bierny w ataku, potrafi soczyście uderzyć czy zauważyć partnera wychodzącego na czystą pozycję (vide kapitalna asysta przy golu M. Paixao w Zabrzu).

O ile Pich był wrzucony na głęboką wodę zaraz po przyjeździe do Wrocławia, o tyle Flavio Paixao cały czas trenował z zespołem, czekając na certyfikat umożliwiający grę w lidze. Mimo to pierwsze występy brata Marco, delikatnie mówiąc, nie zachwycały. Czas pokazał, że problem z Portugalczykiem wynikał z pozycji, na której był ustawiany. Jeśli skrzydłowym jest gracz o charakterystyce Waldka Soboty, to Paixao skrzydłowym nie jest. To piłkarz, z którym można rozegrać klepkę pod bramką przeciwnika, a nie ktoś, kto minie na skrzydle rywala. Zrozumiał to trener Pawłowski, a że nie miał prawego pomocnika, to zamienił go z Milą, który swoje atuty wykorzystuje na skrzydle w inny sposób.

Pożegnanie Stanislava Levego zbiegło się w czasie z zatwierdzeniem nowych zawodników. A że pierwszą decyzją Pawłowskiego było czasowe odsunięcie od gry Mili, to swoją szansę błyskawicznie otrzymał jego naturalny zmiennik, Mateusz Machaj. Były piłkarz Lechii wykorzystał ją połowicznie. Nie grał na tyle dobrze, by wywalczyć sobie miejsce w składzie na dłużej, ale też nie dał podstaw do krytyki. W przyszłym sezonie może być alternatywą dla podstawowych graczy środka pola, na pewno lepszą od Mateusza Cetnarskiego, który w przerwie zimowej został oddany do Widzewa. Machaj jest od niego bardziej ruchliwy, ma młotek w nogach, z czego chętnie korzysta, potrafi wrzucić piłkę ze stałego fragmentu gry (dwie asysty w Lubinie), nie sprawia mu większej różnicy, czy zagrywa lewą nogą, czy prawą. Cetnarski przez 2,5 roku nikogo do swojej gry nie przekonał – kilka skutecznie egzekwowanych rzutów karnych i kilka asyst po rzutach rożnych (np. jesienią w Gdańsku) to za mało, biorąc pod uwagę nadzieje, jakie niósł ze sobą jego transfer z Bełchatowa.

Przemysław Kaźmierczak reprezentował barwy Śląska przez cztery lata i był jednym z architektów jego największych sukcesów. W ostatnim sezonie nie pomógł jednak klubowi. Latem prezentował jeszcze wysoką formę, notował asysty w Lidze Europy, strzelił efektowną bramkę Pogoni na wyjeździe (trafił też z Portowcami u siebie z rzutu wolnego). Potem spuścił z tonu, podobnie jak cały zespół. Przed wznowieniem ligi odczuwał ból w kolanie i na boisko wrócił pod koniec rozgrywek, ale zaliczył tylko epizody. Klub nie zdecydował się przedłużać kontraktu z 32-letnim pomocnikiem i wydaje się, że to dobra decyzja. Nastał czas Hołoty, Droppy i Hateleya.
A czy skończył się czas Dalibora Stevanovicia, okaże się już niedługo. Słoweńcowi też kończy się w czerwcu kontrakt. Niby obie strony chcą dalej ze sobą współpracować, ale rozbieżności w kwestii wysokości zarobków są spore – Dado chce ponoć 90 000 złotych na miesiąc, WKS ma zamiar ciąć koszty. I słusznie. Stevanović nie jest wart aż takich pieniędzy, mimo że w sezonie 2013/2014 był najlepszym, a na pewno najrówniej prezentującym się pomocnikiem wrocławian. Zaczął grać agresywniej w odbiorze, nie tracił głupio piłek (poza meczem w Szczecinie, gdzie oddał piłkę rywalowi w identyczny sposób, jak niedawno Dani Quintana na jego korzyść), gra w sposób wyważony, przełamał też niemoc strzelecką i nie obija już poprzeczek. W układance środka pola nie jest to jednak piłkarz niezbędny i tę wyrwę można załatać. Kto wie, może nawet wycofując Sebastiana Milę, skoro na jego pozycji mogą grać Flavio i Machaj. W końcu trener Pawłowski mówił wiosną, że widzi Milę w roli, jaką w Liverpoolu odgrywa Steven Gerrard – gracza rozpoczynającego akcję od tyłu.

WKS grał bez typowego prawoskrzydłowego, za to na lewej stronie biegali piłkarze ukierunkowani na tę pozycję, czyli Sylwester Patejuk i Sebino Plaku. Problem w tym, że żaden z nich nie jest specjalistą najwyższej próby. Spore nadzieje wiązano z Albańczykiem, które miał nawet niezłe wejście i zostanie zapamiętany za efektowną podcinkę z Brugią. Zanosi się na to, że będzie to piłkarz tej jednej akcji. Do dzisiaj Plaku nie znalazł porozumienia (piłkarskiego) z drużyną, przez co zagrywa do nikogo, gubi się (strata w Zabrzu!), a jego dryblingi nie przynoszą efektów. Czasami wystarcza jedna ręka, by policzyć jego celne podania do przodu.

Wobec formy Albańczyka szybko do łask wrócił Sylwester Patejuk. Polak całkiem dobrze radził sobie jesienią, był motorem napędowym wielu akcji, a w przeciągu jednego miesiąca nawet trzy razy wpisał się na listę strzelców. Jego minusem była gra chaotyczna, często opierająca się na jednym zwodzie, na który rywale nie zawsze się nabierali. Wiosną grał rzadziej, nie miał poparcia trenera Pawłowskiego, który skrytykował go za niewykorzystaną setkę w ostatniej akcji spotkania z Podbeskidziem. Mimo to spodziewano się, że Patejuk we Wrocławiu zostanie, przynajmniej jako dosyć wartościowy, a tani rezerwowy (przypadek Ostrowskiego). A jednak nie – Patejuk po dwóch latach wrócił do Podbeskidzia, a w klubie liczą na dobrą formę Picha. A Plaku? Ma kontrakt do 2016 roku.