Andrzej Traczyk: Tylko Gosztonyi mówi mi po imieniu
Zachęcamy do przeczytania wywiadu z kierownikiem drużyny Śląska, Andrzejem Traczykiem.
Dla osób postronnych kierownik drużyny to ten pan, który zanosi sędziemu karteczki przy zmianach zawodników. A jaki jest faktyczny zakres obowiązków na tym stanowisku?
Kierownicy są widoczni podczas meczów dzięki tej kartce. Kibic patrzy, że ktoś tam chodzi, przekazuje. Więc tak to się pewnie wielu ludziom kojarzy, a ta praca jest w rzeczywistości bardzo trudna. Kokosów wielkich nie ma, a w pewnych sprawach można „dać do pieca”. Prosty przykład, co się wydarzyło na Legii podczas meczów z Celtikiem. Kto tam kiedyś słyszał coś o kierowniku drużyny? Dopiero, jak przytrafi się taki błąd, to wtedy zaczyna się zainteresowanie.
Generalnie są to wszelkie sprawy organizacyjne związane z drużyną. Głównie chodzi o zawodników, którzy przyjeżdżają na testy, opieka nad nimi. Tym, którzy podpiszą kontrakt, trzeba pomóc w zorganizowaniu się w mieście. Wielu z nich jest spoza Wrocławia, obecnie mamy Japończyka czy Gruzina. Trzeba im pomóc w poszukiwaniach mieszkania, wynajęciu samochodu, nawet z prostą umową internetową czy z Cyfrą Plus.
Do tego dochodzą sprawy związane z samym meczem: organizacja wyjazdu, hotel, boisko do treningu czy rozruchu przed spotkaniem, przygotowanie miejsca na odprawę. Dalej trzeba wiedzieć, co ze sprzętem sportowym. Następnie sprawy kar, kartek. Mnóstwo rzeczy, które składają się na całą organizację. Wszystko trzeba scalić.
Co trzeba zrobić, żeby zostać takim kierownikiem. Wystarczy skończyć dziennikarstwo jak Pan?
Myślę, że jest to bardziej skomplikowane. Akurat w moim przypadku kilka rzeczy się na to nałożyło. Skończyłem AWF i pracowałem długo jako trener bramkarzy. Na tej samej uczelni ukończyłem dziennikarstwo sportowe. No i też przyszła praca w Państwowej Straży Pożarnej, gdzie byłem wykładowcą do spraw ratownictwa medycznego. To była praca z ludźmi, szkolenie strażaków, ratowników, nowych adeptów do tych zawodów. Dzięki temu mam dobry kontakt z ludźmi, a to jest istotne w klubie.
Jak są zwycięstwa – to jest radość, euforia, fajnie się współpracuje, wszyscy są otwarci, nikomu nic nie przeszkadza. Kiedy troszeczkę źle się dzieje, a zawsze przychodzi taki moment, to już jest trudniej. Dzięki tym 15 latom w straży, ratownictwie medycznym, nabrałem odporności na stres. Pracowałem tam w różnych okolicznościach, przy zgonach dzieci i dorosłych, to daje pewne predyspozycje.
Nie ma czegoś takiego jak kurs na kierownika drużyny. To nie jest jak z kursem na prawo jazdy – ukończysz i jesteś kierowcą. To trzeba po prostu umieć. Powiem nawet szczerze dziwne jest to, że nie ma nawet ogólnego zakresu obowiązków. Ani słowa o tym w podręczniku licencyjnym.
Mam taki pomysł stworzenia rady kierowników ekstraklasy. Rozmawiałem o tym z Konradem Paśniewskim z Legii Warszawa, żeby wybrać 3-4 z nas, pomysł wstępnie został zaakceptowany. Może wtedy ukazałaby się gdzieś charakterystyka tego zawodu.
To by nam pomogło uniknąć wielu niejasnych sytuacji. Zapisy regulaminowe często są nieścisłe. Trzeba większej wiedzy, gdzieś po nią sięgać, zastanawiać się. Na przykład zawodnik może grać w drugim zespole, jeśli rozegrał ileś procent czasu gry. Dlaczego tego nie można zrobić prostym zapisem? Ekstraklasa rozgrywa 37 kolejek, niech po 25 nie może już występować w rezerwach. Teraz wychodzi 25,5.
Jak to się stało, że trafił Pan do Śląska?
Pracowałem już tu w 2001 i 2002 roku jako kierownik drużyny juniorów z takimi zawodnikami jak Radek Janukiewicz czy Paweł Sasin, których jeszcze spotykam na meczach ekstraklasy. Oni wtedy grali w tym zespole, między innymi też z Kubą Małeckim. Prowadził ich trener Bogdan Masztalerz.
Natomiast teraz sprawa wyglądała w ten sposób, że kiedy jeszcze byłem w Chrobrym Głogów, graliśmy sparing z Lechią Gdańsk, gdzie pracował obecny prezes WKS-u, Paweł Żelem. Porozmawialiśmy sobie profesjonalnie, a po jakimś czasie zadzwonił z taką propozycją. Słyszał o mnie, jak się pochwalił, zrobił rozeznanie w środowisku pod względem mojej fachowości, odpowiedzialności. Zaciągnął też opinię od trenera Irka Mamrota, którego znał z wcześniejszych lat.
Mieliśmy jedną, potem drugą rozmowę. Wyraziłem zgodę, ale musiałem najpierw zrezygnować z pracy w Państwowej Straży Pożarnej. To trwało pół roku, bo trzeba było złożyć raport o odejście na emeryturę, wszystkie procedury. Nie chciałem też zostawiać przełożonych w połowie kursu, bo prowadziłem wtedy zajęcia.
W tym sezonie Śląsk miał aż 4 trenerów. Jak Pan ich oceni?
Każdy trener ma jakieś swoje upodobania. Nie będę oceniał ich fachowości, bo to nie moje zadanie. Najdłużej pracowałem z Tadeuszem Pawłowskim, który był tu już, jak przychodziłem. Spędziliśmy wspólnie w klubie półtora roku, więc z nim byłem najbardziej zżyty. Z kolei Grzegorza Kowalskiego znam 20 lat - jeszcze ze Ślęzy. Razem graliśmy też w piłkę w oldboyach. Ale jesienią to był taki krótki jego incydent w WKS-ie. Trener Romuald Szukiełowicz również pochodzi z naszego środowiska, z Wrocławia, chociaż nigdy nie miałem z nim styczności.
Najmniej z tego grona znałem obecnego szkoleniowca, Mariusza Rumaka. Oczywiście słyszałem o nim, poznałem na meczu z Zawiszą Bydgoszcz w ubiegłym sezonie. Mam nadzieję, że też zaprzyjaźnimy się na dłużej. Jestem pewien, że utrzymamy się w lidze i że będzie u nas dalej pracował. Widzę, że u niego wszystko jest poukładane. Rzetelna, wielkopolska szkoła. To lubię.
Jak Pana traktują piłkarze?
Trudno powiedzieć tak ogólnie. To jest duża grupa ludzi, którzy mają różne charaktery. Nazywając czysto narzędziowo, zwracają się do mnie po prostu „Kiero”. To jest tak przyjęte w środowisku wszędzie. Jedynie Andras Gosztonyi mówi do mnie po imieniu: Andrzej. Dla wszystkich to brzmi zabawnie, jak on troszeczkę kaleczy nasz język mówiąc z węgierskim akcentem.
Trzeba być dla tych chłopaków trochę mamą, trochę ojcem. Akurat mamy bardzo fajnych zawodników. Z rzadka zdarza się sytuacja, że dochodzi do jakiejś męskiej rozmowy. Myślę, że współpraca na tej linii jest w porządku. Jestem też takim łącznikiem między prezesem a zarządem i chłopakami. Muszę to wszystko scalić.
Mam dobry kontakt z chłopakami. Często sobie żartujemy, lecz kiedy trzeba interwencji, to im zwracam uwagę. Czasami trzeba ich w szatni pogonić przed wyjściem. Musimy o określonej godzinie być w tunelu. Oni mówią wtedy: "kiero, nie przesadzaj", ale z kolei spóźnienie powoduje sankcje finansowe. W sumie jednak to bardzo fajna grupa ludzi. Dobrze mi się z nimi współpracuje, jestem zadowolony, że tu jestem.
Dwa zwycięstwa w ostatnich meczach dużo zmieniły?
Tak. Ameryki tu nie odkryjemy. Każde zwycięstwo, szczególnie w takiej sytuacji, w jakiej my byliśmy jeszcze chwilę temu, jest przecenne. Nie jest tak, że mamy dużo punktów przewagi i tylko się oglądamy, żeby po podziale wyjść z jak najlepszą pozycją. Tak naprawdę to jesteśmy w tym gronie najbardziej zainteresowanych obroną przed spadkiem. I tych 8 punktów po przyjściu nowego trenera, w tym te 2 zwycięstwa nad jakościowo silnymi przeciwnikami, niewątpliwie są budujące.
Wygrywamy na Lechu, poprawiamy z Cracovią, jeszcze w takich okolicznościach – najpierw doprowadzamy do remisu, potem w końcówce meczu strzelamy zwycięskiego gola. Fakt, że goście mieli jeszcze okazję do wyrównania, ale skończyło się naszą wygraną z solidną przecież drużyną.
Takie zwycięstwa, tuż przed tym końcowym etapem, naprawdę podnoszą morale. To widać. Niekiedy trzeba czegoś takiego, wygrać 2 mecze, uwierzyć w siebie, pójść do przodu, coś zaskakuje i nagle idzie. Dlatego piłka jest taka nieobliczalna. To nie tak jak w matematyce, gdzie 2 razy 2 jest 4. Ludzie na tym zęby zjedli zastanawiając się, dlaczego tak się dzieje, nikt tego nie potrafi wytłumaczyć. Psychika. Zespół dobry, ale nic nie idzie, a tu naraz wszystko zaskakuje i już jest fajnie. I ta kula śniegowa teraz, jak się rozpędzi, to się może tak zdarzyć, jak 2 lata temu, że w tej grupie spadkowej nie przegraliśmy meczu, a za rok okazało się, że awansowaliśmy do pucharów. Oby tak było i tym razem.