Dariusz Sztylka: Chciałbym kiedyś zostać pierwszym trenerem Śląska
Z dzisiejszym solenizantem rozmawiamy między innymi o mistrzostwie Polski, powrocie do Klubu i porażce w Zabrzu.
Cztery lata temu musiałeś przełożyć świętowanie urodzin?
Tak, ale wtedy to był taki dla nas wszystkich czas wyczekiwania. Wiedzieliśmy, że to są dla nas mecze najważniejsze w karierze. Dobrze się złożyło, bo później można było podwójnie świętować: moje urodziny i tytuł mistrza Polski.
Był taki moment, kiedy wiedzieliście, że już nikt Wam nie zabierze mistrzostwa?
Pamiętam, że do 90 minuty była niepewność, bo Wisła dość mocno wtedy nas przycisnęła. My prowadziliśmy 1:0, czyli mieliśmy ten wynik, który dawał nam mistrzostwo. Ale każda sytuacja, każda piłka gdzieś tam zagrana groziła tym, że zaraz ten wynik może się zmienić. Na pewno do końca musieliśmy być mocno skoncentrowani, bo nie chcieliśmy, żeby jakimś przypadkowym strzałem stracić pracę całego roku.
Łatwo było Ci się przestawić po zakończeniu kariery do życia bez zawodowego futbolu?
Bardzo ciężko. Brakowało przede wszystkim kolegów, brakowało szatni, tego rytmu meczowego cotygodniowego, kiedy były dni meczowe, do których przygotowywałeś się cały tydzień. Pod koniec tygodnia czułeś adrenalinę, a tu nagle stop. To powie każdy zawodnik.
Tego brakuje najbardziej.
Co robiłeś przez te 3 lata, zanim nie wróciłeś do Śląska?
Głównie razem z Krzyśkiem Wołczkiem stworzyliśmy naszą akademię piłkarską Olympic Wrocław. To mi zajmowało tak naprawdę większość czasu. Zaczynaliśmy w 2012 r. zaraz po mistrzostwie i zaczynaliśmy od podstaw. Dla nas też było dużo nowych, ciekawych zajęć. Przede wszystkim dużo się musieliśmy uczyć. Mimo że to praca z dziećmi, to jest to praca wymagająca, niosąca ze sobą duży bagaż odpowiedzialności. Musieliśmy mocno się doszkalać. I pod względem marketingowym, biznesowym, i pod względem czysto trenerskim. Jak grałeś w piłkę, to nie znaczy, że poradzisz sobie jako trener czy to w piłce dziecięcej czy seniorskiej.
Co teraz dzieje się z Twoją szkółką?
Pracuję w niej dalej. Już nie tak czynnie, nie prowadzę treningów tak często jak dawniej. Ale dalej mi to sprawia dużą przyjemność. Akurat ja się opiekuję bardzo zdolną grupą chłopców z 2007 rocznika. Dużą przyjemność sprawia trening z nimi. Patrzenie na to, co oni już potrafią i ile czerpią z tego radości, z samego grania w piłkę, zdobywania bramek czy nabywania nowych umiejętności.
Jak to się stało, że wróciłeś do Klubu?
Zadzwonił prezes Żelem i zapytał, czy jestem zainteresowany dołączeniem do sztabu szkoleniowego trenera Pawłowskiego. Dla mnie decyzja była jasna. Ja zawsze czułem się na Oporowskiej jak w domu. Traktuję ten klub przez całe życie jako moje miejsce. Miałem nadzieję, że uda mi się tutaj wrócić w roli członka sztabu.
Chciałbyś kiedyś zostać pierwszym trenerem Śląska?
Tak, mam takie marzenie. Na ten moment widzę, jak dużo jeszcze mi brakuje, żeby podołać temu zadaniu. Uczę się cały czas, doszkalam, podpatruję trenera Rumaka, a wcześniej Szukiełowicza, Kowalskiego czy Pawłowskiego. Od każdego z nich można wyciągnąć naprawdę bardzo dużo. Od samego sposobu prowadzenia treningów przez sprawy taktyczne czy czysto motoryczne. Dla mnie to jest bardzo dobry kapitał – móc pracować z takimi trenerami.
Porażka w Zabrzu to wypadek przy pracy czy może coś, co wymaga głębszej analizy?
Każda porażka skłania do głębszej analizy. Szczególnie pierwsza połowa była w naszym wykonaniu mało przekonująca. Pozwoliliśmy, żeby ten mecz wyglądał tak, jak Górnik chciał. Czyli był chaotyczny. My mając dobrych piłkarzy powinniśmy cały czas prowadzić grę i utrzymywać się przy piłce na połowie Górnika, a wdaliśmy się niepotrzebnie w chaotyczną grę, co pasowało Górnikowi. Oni jednym dwoma podaniami szybko przechodzili pod naszą bramkę i stwarzać zagrożenie, a my nie pokazaliśmy tego, co w poprzednich meczach.
Wyniki poprzedniej kolejki spowodowały, że kilka punktów trzeba jeszcze zdobyć.
Na szczęście mamy tę przewagę nad innymi, że możemy patrzeć tylko na siebie. Nie musimy liczyć na zbieg okoliczności, że inne drużyny potracą punkty. Mamy 3 mecze, jesteśmy w stanie je wygrać. Na tym się teraz koncentrujemy, żeby do najbliższego meczu z Termalicą przygotować się jak najlepiej. Nikt z nas nie liczy punktów, czy musimy zdobyć 3, 4 czy 6. Po prostu chcemy w tych 3 meczach zdobyć ich komplet i skończyć ten sezon na 9. miejscu.
Dużo się zmieniło w drużynie, odkąd skończyłeś karierę?
Sam skład personalny jest diametralnie inny. Zostało tylko 3 zawodników, z którymi ja jeszcze grałem: Mariusz Pawelec, Piotrek Celeban i Krzysiek Ostrowski. Wszyscy pozostali są nowi. Ja co prawda przez te wszystkie lata starałem się mieć kontakt z chłopakami. Odwiedzałem czasem szatnie, podszedłem na trening, podpatrywałem, jak to wszystko funkcjonuje, ale jest to całkowicie inna drużyna.
Jak byli koledzy do Ciebie się zwracają?
Mamy jasne zasady. Na treningu mówią do mnie per trener. Ale wiadomo, po pracy mamy jak najbardziej koleżeńskie stosunki, co jest chyba naturalną rzeczą.