Bartłomiej Babiarz: Mamy na was sposób
własne | skomentuj (0)
Zapraszamy na rozmowę z Bartłomiejem (nie, nie Przemysławem) Babiarzem, zawodnikiem Termaliki Bruk-Bet Nieciecza. Pogawędka dotyczyła m.in. najbliższego starcia Śląska z drużyną "Słoni", sile Termaliki w Ekstraklasie, sposobu zarządzania przez polskie kluby, a nawet uczestnictwie wychowanków w pierwszej drużynie. Miłej lektury!
W drużynie Termaliki nie ma wielkich indywidualności, a mimo to potraficie wygrać z Legią 3:0. Co więc stanowi o Waszej sile?
- Przede wszystkim kolektyw i ogólne umiejętności całej drużyny. Jeśli wszyscy zagramy na miarę naszych możliwości i oczekiwań kibiców, to jesteśmy w stanie wygrać z każdym, nawet z Legią Warszawa, tak jak pan redaktor wspomniał wyżej. Można także na to spojrzeć z drugiej strony – jeśli nasza gra nie przyniesie zamierzonych skutków, to możemy równie dobrze przegrać to spotkanie. Kluczowe jest dla nas utrzymanie naszej współpracy w ryzach. Trochę brakuje nam zawodników o dużym prestiżu lub takich, które mogłyby samodzielnie odmienić losy meczu, ale nie uważam tego za wadę, ponieważ gdyby cała taktyka drużyny miałaby się opierać na jednym zawodniku, a ten akurat byłby w słabszej formie, to automatycznie cała ekipa leci w dół. My na szczęście możemy się nie obawiać o takie ewentualności. Na wyniki pracuje cały zespół i to zespół jest rozliczany na koniec sezonu z miejsca, punktów etc.
Czyli według Pana Termalica nie potrzebuje na tę chwilę takiej postaci jak Nemanja Nikolić w Legii, czy Rafał Wolski w Wiśle?
- Wbrew pozorom każdy potrzebuje takich gwiazd. Gdyby do naszego stylu dopasować jeszcze kogoś, kto umiejętnościami przypomina wcześniej wspomnianych zawodników, to tylko byłoby to na plus, natomiast z pewnością w żadnym zespole gra nie może opierać się na jednym zawodniku. Nie chciałbym, aby mnie zrozumiano, że taka osoba jest nam niepotrzebna, tylko jesteśmy realistami – zdajemy sobie sprawę, że póki co nie zasili nas duża – jak na polskie warunki – gwiazda i operujemy tym co mamy teraz. Jesteśmy żywym przykładem na to, że drużyną w roli jednego organizmu jesteśmy w stanie też wygrywać spotkania.
Reforma ESA37 jest tak skonstruowana, że nawet jeden mecz może spowodować wylądowanie w strefie spadkowej. Czy to nie paraliżuje przed każdym spotkaniem?
- Wydaje mi się, że nie. Tych spotkań jest siedem, więc na pewno nie jest tak, że nagle po jednym przegranym meczu już ląduje się w I lidze. Po jednym potknięciu można wyciągnąć wnioski i dokonać rewanżu na innym zespole. Takie wydarzenia są tylko zachętą dla kibiców, aby przychodzili na stadion i odczuwali te emocje z trybun. Uważam właśnie, że jest ona stworzona ewidentnie pod kibiców - powiększa się pulę spotkań o „coś”. Przykłady tego mamy w obu grupach, gdzie w pierwszej praktycznie cała ósemka bije się o puchary, a w drugiej każdy drży, byle tylko nie znaleźć się pod kreską.
Nawiązując do wcześniejszych spotkań – z mocną Wisłą potrafiliście dwukrotnie wyrównać, natomiast z Górnikiem Łęczna zdarzyła się porażka. Czy łatwiej więc gra się z drużynami, które są bliżej utrzymania?
- To nie chodzi o miejsce w tabeli, a bardziej o styl jaki obie te drużyny prezentują. Wisła jest zespołem, który lubi mieć piłkę przy sobie, ale woli grać otwartą piłkę, natomiast Górnik zabarykadował się we własnym polu karnym i wykorzystał swój największy atut, czyli skuteczne kontry. Ich brak pressingu nas zgubił, ponieważ musieliśmy zaangażować więcej zawodników w ofensywę i stworzyła się dziura. Wiadomo, że gra w ataku pozycyjnym nie jest domeną żadnej z polskich drużyn, a ostatnio nawet Bayern Monachium udowodnił, że dominując w meczu nie można w 100% zrealizować swoich założeń. Jeśli chodzi o drużynę Śląska, to wiemy jak grają i mamy swój sposób na zawodników z Wrocławia.
Widać, że Termalica lubi rozgrywać piłkę od tyłu, do czego nie przyzwyczajają nas beniaminki. We Wrocławiu się to nie opłaciło i przegraliście 2:0. Czy taktyka na mecz ze Śląskiem ma ulec zmianie?
- Wypracowaliśmy sobie styl i nie będziemy go zmieniać w ostatniej chwili dla jednego meczu. Jesienią to był początek sezonu, płaciliśmy wówczas frycowe jako klub, który pierwszy raz w historii awansował do Ekstraklasy, ale kiedy pokazaliśmy, że to, co chcemy grać jest skuteczne i przynosi punkty, nie były potrzebne już wielkie rotacje. Oczywiście najbliższe spotkanie we Wrocławiu, w naszym wykonaniu będzie inne niż minione, które niestety przegraliśmy. Tym razem nie będzie tak łatwo Śląskowi.
Obie drużyny podczas bezpośrednich starć przechodziły przez kryzysy. Jesienią Termalica płaciła frycowe, natomiast w Niecieczy to Śląsk był niemal na dnie. W tej chwili wydaje się, że sytuacja jest stabilna. Jak zatem może wyglądać najbliższy mecz?
- Zarówno nasza pozycja w tabeli, jak i Śląska nie jest zadowalająca. Wrocławianie mają tylko dwa punkty więcej od nas, więc też nie są tak blisko utrzymania, zwłaszcza, że po sobotnim meczu może się to zmienić i jeszcze mogą oni spaść niżej nas. Graliśmy ze sobą w tym sezonie już dwa razy i wiemy, że z WKS-em można wygrywać, ale ostatnio nie mogliśmy potwierdzić tego na boisku. Chcemy, żeby tym razem to się zmieniło. Z pewnością obie drużyny koncentrują się na tym spotkaniu, bo może być kluczowy w utrzymaniu się w Ekstraklasie. Możemy się spodziewać ciężkiego spotkania dla obu ekip.
Jeśli dobrze sprawdziłem, to debiut w Ekstraklasie zaliczył Pan w lipcu 2013, mając 24 lata. Czy to nie jest za późno, aby osiągnąć już coś więcej?
- Za późno, za wcześnie...to się okaże za kilka lat, kiedy będę kończył karierę i dojdzie do podsumowania tych osiągnięć. Też nie wchodziłem do tej ligi mając „3” z przodu, bo takich też mamy w naszej drużynie. Gram w najwyższej klasie rozgrywkowej już trzeci sezon i wierzę, że na dużo mnie stać, jeszcze dużo mogę pokazać, a każdy mecz traktuję jako szansę, by to udowodnić. W przyszłym sezonie zamierzamy grać z Termalicą o wyższe cele, bo taki też musi być cel każdego sportowca. To nie jest późny start dla zawodnika, bo np. Igor Lewczuk ma już 30 lat na karku, a jest liderem z Legią i można powiedzieć, że dopiero teraz jego przygoda z piłką rozkwitła. Takich przykładów znajdzie się jeszcze sporo, więc tezy o grywaniu w Ekstraklasie już od 17./18. roku życia można obalić za pomocą tych żywych przykładów.
A ma Pan żal do Ruchu, że dopiero teraz zaczęto stawiać na młodzież? Nie jest tak, że startując te kilka lat wcześniej, dzisiaj mógłby Pan rywalizować z najlepszymi lub osiągnąć o wiele wyższy poziom?
- No nie wiadomo, jak to by się potoczyło. Gdybym zaczął te pięć lat wcześniej, to może dzisiaj byłbym w Bayernie Monachium i rywalizował z Grzegorzem Krychowiakiem o miejsce w pierwszym składzie reprezentacji, albo z drugiej strony – wrócił z podkulonym ogonem do Hetmana Katowice (Klasa A – przyp. Red.). Nie ma co gdybać, tylko skupić się nad tym co jest przede mną i co jeszcze mogę zrobić. Akurat wtedy sytuacja w Ruchu była inna, klub regularnie walczył w europejskich pucharach, miał więcej pieniędzy na zawodników z wyrobioną marką i gdzieś tę młodzież lekko zaniedbano. Obecnie wiadomo z jakich względów to się wszystko pozmieniało, ale klub też na tym zyskuje (17-letni Grabara za 1,25 mln euro – przyp. Red.). Nie wiadomo gdzie byłbym teraz, więc może i dobrze, że tak to się wszystko potoczyło i jestem właśnie tu, gdzie jestem. Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa, jeszcze długo go nie powiem i postaram się jak najlepiej prezentować.
W Śląsku właśnie jest taka sytuacja, że na nastolatków, czy wychowanków nie stawia się zbyt często, więc może ma Pan jakąś przestrogę dla trenerów/działaczy?
- Myślę, że jestem ostatnią osobą, która mogłaby powiedzieć cokolwiek na temat młodzieży w Śląsku Wrocław. Nie mnie jest dawać reprymendy, ponieważ każdy klub prowadzi swoją, oddzielną od innych politykę. Każdy wie, co jest dla niego dobre. W Chorzowie akurat postawili na odmłodzenie, ale nie można zapominać, że jest tam kilku bardzo doświadczonych graczy, a niemożliwym jest, że nagle do pierwszego składu wskoczy kilkunastu młodych chłopaków i przewrócą ligę do góry nogami. W każdej ekipie jest potrzebny ten pion nauczycielski, ci nastolatkowie muszą się od kogoś uczyć, muszą podpatrywać swoich starszych kolegów i dopiero ta mieszanka rutyny z młodością to coś, co w piłce nożnej sprawdza się najlepiej. Nie chcę oceniać Śląska pod względem prowadzenia głównej drużyny i juniorów, czy rezerw, tylko przedstawiam swoje poglądy na temat zarządzania klubem – potrzeba świeżej krwi, ale nie można zapominać o weteranach.