Sędzia na ofsajdzie: Po Gdańsku piechotą do lata?
Po meczu z Lechią można powiedzieć, że gdyby ilość punktów wywalczonych przez Śląsk w ostatnich czterech kolejkach była taka, jak liczba komentarzy dotyczących zmiany na stanowisku szkoleniowca, mielibyśmy miejsce w pierwszej ósemce. Gdańsk pokazał, że będzie trudno o zrealizowanie celów na rozgrywki 16/17. Pytanie, czy rzeczywiście jest to tylko wina trenera, czy może nas również przed sezonem za bardzo poniosła wyobraźnia?
Komentarze dotyczące zmiany szkoleniowca mnie nie dziwią. Nie dlatego, że łaska kibiców na pstrym rumaku, przepraszam, koniu jeździ. Nie dlatego, że stare porzekadło mówi: za wyniki (a raczej ich brak) odpowiada trener. Nawet nie dlatego, że gra zielono-biało-czerwonych jest frustrująca (i to, z małymi wyjątkami, od początku sezonu – najpierw problemem było zdobywanie bramek, potem ich tracenie, a teraz oba te aspekty). Dlatego, że po prostu liczyliśmy na więcej (w końcu warto byłoby jakoś uczcić 70-lecie klubu, a z grą taką jak na wiosnę, Śląsk spokojnie mógłby bić się w grupie mistrzowskiej…) W tym miejscu proponuję nam wszystkim przesłuchać popularny w latach 80. przebój grupy Bajm zaczynający się od słów znów przyjdzie maj… Nie wiem jak Wam, ale mnie wracając z Gdańska pozwolił on zrozumieć, że przedsezonowe sny może nie tyle o mistrzostwie, co przynajmniej o europejskich pucharach, były przykrótkie i nie w porę. Przykrótkie jak krótka kołderka, którą dysponuje trener Rumak. A nie w porę, bo wiadomo, jak to kibice, pozwoliliśmy ponieść się fali hurraoptymizmu, którą dała końcówka poprzedniego sezonu. Niby wiedzieliśmy, że trudno będzie znaleźć następców pary Hateley-Hołota, klub raczej nie zaskoczy nas wielkimi transferami, a przy kontraktowaniu w marcu byłego szkoleniowca Lecha i Zawiszy co najmniej 70% komentarzy mówiło, że to trener „na utrzymanie i nic więcej”, ale i tak nie przeszkodziło to nam w planowaniu powrotu do czołówki. Po październikowej hossie emocje poniosły nawet trenera Rumaka, który przyznał na konferencji, że nie wie, czy teraz również byłby zadowolony z sześciu punktów w meczach z Lechem, Legią, Pogonią, Lechią i Arką z początku sezonu. Jak na razie jednak Wojskowi zamiast galopować, do lata zmierzają piechotą. Zgadzam się, bilans czterech meczów bez zwycięstwa ze stosunkiem bramek 1-11 nie ma żadnego usprawiedliwienia. Ale zanim zaczniemy zwalniać szkoleniowca, warto postawić sprawę jasno i odpowiedzieć sobie na pytanie: czego oczekujemy w tym sezonie od tej drużyny? Jak dla mnie, wyniku trochę ponad stan, co zweryfikował Poznań, wizyta Legii, a przede wszystkim spotkanie z Lechią.
Pewnie jestem w mniejszości, jednak akurat za wyjściowy skład w piątkowym spotkaniu Mariusz Rumak ma u mnie może nie tyle plusa, co przynajmniej nie ma minusa. Szkoleniowiec Śląska mimo, że pod względem wyborów personalnych jest ryzykantem (czy nawet, jeśli przypomnieć sobie wyjściowy skład na Legię, kamikadze), w kwestii taktyki jest pragmatykiem. W odróżnieniu od Piotra Nowaka, który w tym sezonie z lepszym lub gorszym skutkiem przemeblowywał formacje Lechii, łatając dziury piłkarzami nawet, jeśli nie była to ich nominalna pozycja, szkoleniowiec WKS-u rzadko dokonuje zmian taktycznych, raczej wymieniając zawodnika za zawodnika. W Gdańsku co prawda znowu wyszedł swoim ulubionym 4-2-3-1 (chociaż Riera był tak naprawdę fałszywą dziewiątką), ale decyzja o zrobieniu ze skrzydłowego bocznego obrońcy zasługuje na uwagę. Moim zdaniem postawienie pod nieobecność Augusto na Grajciara na lewej obronie było wyborem nie tyle odważnym, co spośród wszystkich alternatyw… opłacalnym. Powiedzmy sobie szczerze, nie chodzi tu o genialne rozwiązanie, ale po prostu o mniejsze zło – w takim układzie Śląsk przynajmniej miał szansę na w miarę wyrównaną walkę w środku pola. Wiadomo, że w piłce nożnej kto przegrywa środek pola, z góry przegrywa mecz. Dlatego myślę, że przesunięcie Adama Kokoszki do defensywy (przy ustawieniu Dwalego na boku) i postawienie w środku tylko na Stjepanovicia, mogłoby skończyć się dużo gorzej niż 0:3. Poza tym byłoby dużą stratą dla ofensywy, bo to właśnie Kokos był kreatorem ataków Śląska i wypracował dwie najlepsze sytuacje w pierwszej połowie – najpierw idealnie dogrywając prostopadle Morioce w 23. minucie, a potem zgrywając do Japończyka głową w doliczonym czasie gry. Logiczne wydaje się też, że to właśnie za Kokoszkę a nie za skupionego na destrukcji Stjepanovicia w drugiej połowie wszedł ofensywnie usposobiony Mariusz Idzik (tym bardziej, że w ubiegłym tygodniu Kokoszka leczył drobny uraz). Idzik dał przyzwoitą zmianę i po meczu pojawiły się głosy, że 19-latek powinien znaleźć się w pomocy w wyjściowym składzie. Według mnie mógłby jednak nie udźwignąć gry w środku od pierwszych minut, zwłaszcza biorąc pod uwagę siłę gdańszczan z przodu (warto też przypomnieć, że w pierwszej jedenastce wybiegł już w lipcu w Warszawie, ale mimo gry na nominalnej pozycji, wyglądał gorzej, niż wchodząc z ławki). W odwodzie był jeszcze tylko Łukasz Wiech. Występujący na co dzień w trzecioligowych rezerwach WKS-u defensor daje opcję gry zarówno w środku, jak i na boku obrony, jednak nie ma jakiegokolwiek ogrania w Ekstraklasie, dlatego ryzyko byłoby duże (myślę, że nawet większe niż w wypadku Grajciara).
Co do samego Słowaka – moim zdaniem o straconych bramkach nie zadecydowało ustawienie go na lewej obronie, ale umiejętności piłkarskie (dyspozycja dnia?). W porządku, przy trzecim golu dla Lechii Flavio Paixao zgubił krycie (a właściwie w ogóle takowego nie było), co jeszcze można zrzucić na nienominalną pozycję Grajciara na boisku, ale nieumiejętność trafienia w piłkę przy pierwszej bramce to już błąd czysto techniczny (który po prostu w defensywie bardziej rzucał się w oczy, bo do niedokładności piłkarzy Śląska w ofensywie już się przyzwyczailiśmy). Naprawdę, jeśli chcemy myśleć o grupie mistrzowskiej, to każdy z naszych zawodników, zaczynając od Kamenara a kończąc na Bilińskim, powinien przynajmniej ten element piłkarskiego rzemiosła, jakim jest przyjęcie piłki, opanować do perfekcji.
Wspominając o Bili, który w Gdańsku był zmiennikiem, decyzje trenera Rumaka dotyczące ustawienia w ataku są chyba niezrozumiałe nawet dla niego samego. I trzeba przyznać, że wypowiedziane po meczu słowa: Jak ktoś poczyta za dwa, trzy lata statystyki, to powie: co oni tam robili? Kto to prowadził i w ogóle co to za piłkarze? przyprawiają o dreszcze. Bo trener zdaje sobie sprawę, że mamy problem ze strzelaniem bramek, ale wszystkie pomysły na jego rozwiązanie nie przynoszą skutku. Tym razem Śląsk podobnie jak w meczu z Pogonią uderzał na bramkę rywali 7 razy, w tym oddał 3 strzały celne (a konkretnie oddał je Morioka). Gra w ataku zwłaszcza w pierwszej połowie momentami naprawdę mogła się podobać (nawet, jeśli były to przeważnie kontry), jednak tradycyjnie zabrakło skuteczności. Tradycyjnie, bo nieważne, czy w pierwszej jedenastce wychodzi Biliński (10 razy w tym sezonie), Mervo (6), Idzik (1) czy w ogóle nie ma typowego napastnika (Morioka, Riera), prawie zawsze gra wygląda podobnie, czyli kończy się przed szesnastką rywala. Nie chcę bronić szkoleniowca Śląska, ale cytując Briana Clougha, trenera o tyle genialnego co kontrowersyjnego: to zawodnicy przegrywają mecze, a nie taktyka. Pewnie Anglik uznałby mnie za futbolowego ignoranta, bo według mnie to półprawda (moim zdaniem, kiedy trener nie ma do dyspozycji piłkarzy, którzy są w stanie wygrać mecz, to powinien zmienić taktykę tak, żeby dopasować ją do zawodników, których posiada). Jednak prawdą jest, że kiedy nie ma się zawodników, którzy będą w stanie trafić do bramki, jakikolwiek pomysł na grę ofensywną nie da zwycięstwa. Bo gdyby wrocławianie wykorzystali chociaż połowę sytuacji, które stworzyli sobie w poprzednich dziewiętnastu kolejkach, prawdopodobnie byliby co najmniej o 1-2 lokaty wyżej niż na 11. miejscu. Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na fakt, że niekoniecznie chodzi tutaj o jakość czy umiejętności zawodników (nie sądzę, że Śląsk ma gorszych piłkarzy niż na przykład Pogoń czy Termalika), ale o konkurencję w kadrze. Bo na razie każdy zawodnik wie, że prędzej czy później zagra. Niestety, nie dlatego, że solidnie wygląda na treningach, ale dlatego, że zwyczajnie nie ma innych opcji…
Mimo wszystko według mnie Mariusz Rumak bardziej powinien pozostać szkoleniowcem Śląska, niż zostać zwolniony. Możliwe, że większość się z tą opinią nie zgodzi, ale moim zdaniem trener zasłużył na kredyt zaufania, którego termin spłaty wypadnie w maju (z możliwością przedłużenia). I nie chodzi mi tutaj o dokonania z poprzedniego sezonu, bo przecież „nie gra się za zasługi”. Wiem, że zabrzmi to jak alibi, jednak chyba naprawdę ciężko jest uszyć garnitur na miarę pierwszej ósemki ze skrawków materiału w lidze tak wyrównanej jak Ekstraklasa. A klub zwyczajnie przespał okres przedsezonowych wzmocnień (i chociaż zgadzam się z komentarzami, że piłkarze, którzy przyszli, musieli być zatwierdzeni przez szkoleniowca, myślę, że niektóre wybory były opcją mocno rezerwową). Oczywiście, nie twierdzę, że w Polsce nie ma trenera, który byłby w stanie wyciągnąć z obecnej kadry WKS-u więcej. Ale brutalna prawda jest taka, że, podobnie jak w przypadku piłkarzy, Śląska na takich cudotwórców (albo przynajmniej ponadprzeciętnych specjalistów) nie stać.
Teraz pozostaje nam liczyć na to, że po kryzysie wrześniowym, ten grudniowy jest już ostatnim jaki przewidział szkoleniowiec WKS-u. I obserwować, czy klub w styczniu znów (a raczej nareszcie) kupi Mariuszowi Rumakowi coś na imieniny czy może nie pierwszy raz czeka nas wiosna spóźniona i do lata będziemy szli piechotą…